Kräftskiva

W ostatnią sobotę miałam okazję uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu jakim było kräftskiva. Najlepsze tłumaczenie to chyba “rakowe party” lub może – rakowe obżarstwo. Sezon na rakowe obżarstwo rozpoczyna się w sierpniu, jako że tradycyjnie odłów raków odbywał się właśnie w tym miesiącu.

Ale w sumie dlaczego akurat wtedy?

Cóż… Szwedzi zasmakowali w rakach już w XVI wieku, ale dopiero w XIX kräftskiva stało się popularnym pretekstem, aby spotkać się z przyjaciółmi, zjeść olbrzymią ilość biednych skorupiaków, a przy okazji wypić piwo lub kilka. Ach i oczywiście wychylić kilka szotów. Właściwie to można się zastanowić czy podczas tradycyjnego kräftskiva więcej się je czy może pije (np. OP). Ale to taka mała dygresja. A pytanie brzmiało: dlaczego w sierpniu? Odpowiedź prosta: pod koniec XIX wieku zostało wprowadzone prawo, które być może uratowało populację raków w Szwecji (zarówno tę morską jak i słodkowodną). Po prostu odłów raków był tak wysoki, że pod koniec XIX wieku prawie nie było czego łowić! Nowe prawo stanowiło, że skorupiaki te można jeść tylko od 7. sierpnia do 7. listopada. Co w praktyce oznaczało głównie sierpień i może kawałek września. Dlaczego?

Dlatego, że kräftskiva powinno się odbywać na świeżym powietrzu! A pod koniec września przecież już mamy tutaj ciężką zimę! A co to za przyjemność siedzieć w śniegu i łuskać skorupy. A tak naprawdę to od 1994 wspomniane wyżej prawo już nie obowiązuje, a raki sprowadza się również z Chin, Turcji czy USA – jednak zwyczaj świętowania w sierpniu pozostał. A tak na marginesie to mimo, że obecnie raki są głównie importowane to ponoć te szwedzkie są jednak najlepsze! Słyszałam również niekończące się dyskusje na temat wyższości raków morskich nad słodkowodnymi i na odwrót. Sądzę, że to wszystko jest po prostu kwestią gustu…

Bez czego nie może się jeszcze obejść kräftskiva?

Oczywiście konieczne są odpowiednie przyśpiewki do kielicha, czyli tak zwane snapsvisor. Najbardziej popularna to “Helan går” – poniżej wersja na trzeźwo. W realu ponoć nie zawsze tak ładnie wychodzi. Na naszej imprezie było akurat bardzo kulturalnie, ale niestety żadnego nagrania nie mam.

I na koniec oczywiście muszę wspomnieć, że kräftskiva to wyzwanie samo w sobie, jako że nie każdy z nas rodzi się z umiejętnością miażdżenia i łamania skorup oraz wysysania z nich wszelkich tkanek miękkich. Pozostaje tylko bezradnie przyglądać się ekspertom, którzy zaczynali jeszcze w kołysce… Alternatywą może być próba zadowolenia się krewetkami, które czasem też się znajdują się w menu na kräftskiva. Ja się zadowoliłam! I nie żałuję! I tak krewetki z oczkami , nóżkami i CAŁĄ skorupką były dla mnie olbrzymim wyzwaniem. Mój pierwszy rak może za rok!

A tu Lilly próbowała przemycić większego skorupiaka na mój talerz! Biedny nie cieszył się u mnie zbyt dużym powodzeniem. Nice try Lilly!

(Fotograf: Lilly Ma)