8 rzeczy, które dał mi chór

Wiem, że być może dla niektórych chór to temat raczej słaby i niekoniecznie codzienny. Jednak dla mnie stał się w jakiś sposób nieodzowną częścią życia w momencie, gdy poszłam do liceum. Nieodzowną, a więc zwyczajną. A przecież w gruncie rzeczy wcale nie taką zwykłą! Bo śpiewanie w chórze może przysporzyć śpiewakowi niewspółmiernych korzyści! Zresztą oceńcie sami wartość tego co mnie dał chór.

(Źródło: www.keyword-suggestions.com)

1. Przyjaźnie – jakkolwiek górnolotnie czy sztampowo to brzmi tak jest to prawdą! Śpiewanie w chórze zapewnia człowiekowi przyjaźnie na całe życie. Zwłaszcza, jeśli (tak jak ja) zaczyna się w chórze szkolnym, gdzie dodatkowo można się polansować ze znajomymi na licealnym korytarzu… O wyjazdach szkoleniowych czy koncertowych nie wspominając! Od czasów szkolnych minęło już trochę, a mnie znajomości pozostały. Niektóre wiadomo, że trochę się poluzowały, ale większość moich najlepszych przyjaciół i znajomych to właśnie ludzie z którymi śpiewaliśmy w chórze szkolnym (a później absolwenckim).

Dodatkowo skolekcjonowałam już paru dobrych znajomych z zespołów, których jestem częścią lub w których śpiewałam tylko chwilę. Muzyka po prostu łączy!

(Fotograf: Bartek Toboła)

2. Druga połówka – powyżej stwierdziłam, że muzyka łączy. I to jak! A wspólne wyjazdy szkoleniowe potrafią połączyć jak nic. Ach te ploteczki o rozstaniach i powrotach kolejnych chóralnych par. Zawsze niesamowicie rozśmieszały mnie statystyki chóralne dotyczące związków. Niektórzy potrafili w swojej chóralnej karierze nieźle nabić licznik swoich drugich połówek! Bawiło mnie to i zarzekałam się, że ja nie będę widnieć w tych statystykach. Do czasu… Teraz widnieję.

Ach muszę wspomnieć, że w chórach rzekomo “dorosłych” sytuacja jest podobna – nie jest to więc kwestia młodego wieku. Jest tylko trochę mniej opcji ze względu na stan cywilny chórzystów.

3. Zainteresowanie muzyką = studia – w liceum byłam w klasie mat-fiz, chodziłam na chór i sprawiało mi to dużo radości. Po maturze sprytnie wymyśliłam, że może jakoś połączę moje zainteresowania (jakoby naukami ścisłymi i muzyką) i pójdę na inżynierię akustyczną. Ileż razy przeklinałam swój wybór i żałowałam ogromnie. Czasem było beznadziejnie trudno, czasem nudno, a bardzo rzadko – super. Niepotrzebne skreślić. Ale wiecie jak jest. Człowiek zaczyna studia, w połowie pierwszego roku ma dość, ale przecież “szkoda rzucać… skończę chociaż pierwszy rok, a później się przeniosę…”. I tak co pół roku. Koniec końców inżynierię ukończyłam nawet całkiem ładnie. W międzyczasie trochę zmieniłam zdanie, postudiowałam również za granicą i stwierdzam, że był to wybór całkiem udany. Dlaczego? Bo akustyka jest super! Ciekawa! I wcale nie nudna! A dodatkowo – patrz punkt 4.

4. Praca – może trudno w to uwierzyć, ale swoją wymarzoną pracę dostałam pośrednio / bezpośrednio dzięki chórowi. Po pierwsze to dzięki chórowi poszłam na takie studia a nie inne. To dzięki niemu brałam udział w różnych chóralnych festiwalach – dzięki czemu ogólnie się ogarnęłam z życiem i poznałam dużo osób z zagranicy. To i nasze szkolne wymiany chóralne zmobilizowały mnie do studiowania za granicą. A w Szwecji po koncercie kolędowym mojego nowego chóru, na którym to koncercie poza śpiewaniem również robiłam nagrania, podszedł do mnie jakiś kolo, pytając co ja tam robię z tymi mikrofonami… W wielkim skrócie – ten pan został później moim promotorem pracy magisterskiej. Pracy, którą pisałam dla jednej z wiodących na rynku europejskim marek samochodowych. Hmm… Może zgadniecie w której? A po obronie zostałam płynnie zatrudniona. Czyli wszystko dzięki chórowi!

5. OGÓLNE OGARNIĘCIE – jak wspomniałam wyżej chór dał mi możliwość brania udziałów w festiwalach chóralnych również od strony organizacyjnej. Poza dużą ilością znajomości w Polsce i za granicą takie doświadczenie nauczyło mnie również OGÓLNEGO OGARNIĘCIA. Naprawdę. OGÓLNIE da się OGARNĄĆ wszystko. Tylko trzeba chcieć.

Ja nauczyłam się tego na festiwalach, w organizacjach studenckich, ale również podczas organizowania życia chórowi. Czyli organizowania wyjazdów, prób i ogólnie wszystkiego co tam wielmożny Pan Dyrygent sobie zażyczył, a czego nie chciał lub nie powinien był ogarniać sam.

6. Łatwość występowania na scenie – muszę przyznać, że do takich występów w moim przypadku nie zaliczam żadnego rodzaju śpiewu solo. Niestety. Tak, próbowałam. To nie dla mnie. Ale w duecie, kwartecie, z całym chórem plus olbrzymią orkiestrą… Toż to sama przyjemność. A dodatkowo bardzo lubię po prostu prowadzić wykłady czy prezentacje. Wiążę to z doświadczeniem, jakie dały mi liczne koncerty. Może się mylę. A może nie.

7. Chór na ślubie – śpiewasz w chórze? Bierzesz ślub? Bierzesz ślub z innym chórzystą? Nie masz się co martwić o oprawę muzyczną ceremonii. Będzie super! Mam nadzieję…

8. I ostatnie, ale wcale nie najmniej ważne: przyjemność jaką daje muzyka – nie chcę tu znowu wpadać w jakiś patetyczny nastrój, ale naprawdę doceniam muzykę w trochę inny sposób niż kiedyś. Wrażliwość człowieka na muzykę jest inna, gdy ma się z nią styczność od strony wykonawczej. Wrażliwość na muzykę, ale również na świat. Po prostu widzi się trochę więcej, czuje się trochę więcej i przeżywa się trochę bardziej. Ciarki podczas słuchania czy śpiewania Mozarta – gwarantowane!

O co mi chodzi?

Bardzo proszę nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam się za nie wiadomo jaką chórzystkę. Za muzyka na pewno nie. Jak ktoś się mnie pyta na czym gram (bo przecież jak ktoś studiuje akustykę to na pewno na czymś gra), odpowiadam cichutko, że śpiewam. Amatorsko.

Mimo to uważam, że chór to wspaniałe doświadczenie. Cieszę się, że mój Dyrygent mnie i innych z takim zapałem wciągnął i wciąż wciąga w świat muzyki. Jestem mu bardzo wdzięczna. Jak macie okazję spróbować pośpiewać – polecam. Liczę na to, że kiedyś w Polsce muzyka będzie dużo bardziej doceniana i może dofinansowana. Że dzieciaki będą w chórach szkolnych zarażane miłością do Vivaldiego. Że nie będą chodziły na beznadziejne zajęcia tylko po to, żeby dostać parę dodatkowych punktów na studia czy do liceum. I że każdy będzie mógł śpiewać w zespole, jakim mu się będzie żywnie podobało. Niekoniecznie parafialnym.

A tutaj na zachętę jedno z moich ulubionych nagrań: