Głośnik zamiast silnika?

Przyznaję się! Zdarzyło mi się parę razy, że nabijałam się z tego ewenementu. No bo jak tu się nie śmiać? Z jednej strony straszy się nas coraz większym zanieczyszczeniem hałasem (a to duże zagrożenie – wierzcie mi, studiowałam na ten temat) oraz fatalnymi następstwami zbyt długiej ekspozycji na hałas o wysokim poziomie. Takimi fatalnymi następstwami mogą być nie tylko trwałe uszkodzenie czy nawet utrata słuchu, ale również:

  • dolegliwości psychofizyczne
  • obniżona koordynacja ruchowa
  • większa podatność na stres i zmęczenie
  • mniejsza zdolność koncentracji (np. w głośnym open space)
  • zakłócenia w prawidłowym funkcjonowaniu układu krążenia, nerwowego i pokarmowego

A z drugiej strony, mimo wszystkich wymienionych wyżej problemów, ktoś to robi! A mianowicie – sztucznie dodaje dźwięk do silnika samochodowego! Co gorsza robi to przy użyciu zewnętrznych głośników. A to znaczy, że jakość dźwięku nie jest poprawiana wewnątrz samochodu, ale na zewnątrz. Powiedzmy sobie szczerze: jeśli ktoś chce sobie hałasować we własnym samochodzie to niech to robi, ale dlaczego inni chcą nam uprzykrzać życie podkręcając odgłos silnika? I żeby to jeszcze te zewnętrzne głośniki grały jakąś muzykę… Nie! One zazwyczaj po prostu sobie szumią!

O co chodzi z tymi zewnętrznymi głośnikami?

Ale o czym tu właściwie mowa? Oczywiście o samochodach elektrycznych, ewentualnie PHEV z możliwością jazdy na silniku elektrycznym do określonej prędkości i na ograniczone odległości. Samochody te poza swoją ekologicznością cechują się bowiem również tym, że są ciche. Bardzo ciche. A ciche w tym przypadku może oznaczać śmiertelnie niebezpieczne. Dlaczego? Z prostego powodu – jadący bezdźwięcznie samochód nie ostrzega w żaden sposób innych osób na drodze. W tym przypadku najbardziej zagrożeni mogą być niewidomi, którzy polegają najbardziej na swoim zmyśle słuchu. Ale również pieszy, przyzwyczajony do normalnego dźwięku pojazdu może niespodziewanie zacząć przechodzić przez jezdnię, nie oglądając się za siebie w momencie gdy jest przekonany, że nic nie nadjeżdża. Nie wspominając już o roztargnionym pieszym… I mimo, że auto jadące powyżej 30 km/h jest już słyszalne ze względu na szum powietrza czy szmer kół to i tak taki samochód jest niebezpieczny. I dlatego już się nie śmieję z podkręcania dźwięku pojazdów elektrycznych. Zostałam oświecona i zrozumiałam, że jest to potrzebne bo takich samochodów będzie się pojawiać na naszych drogach coraz więcej.

W samochodach elektrycznych, będących ekologiczną i ekonomiczną alternatywą dla aut o silnikach spalinowych, sztucznie generowany dźwięk jest inwestycją, która ma za zadanie zapewnić nam bezpieczeństwo. Pytanie brzmi czy dźwięk elektrycznego silnika powinien naśladować pomruk spalinowego? A może mogłoby to być brzmienie bardziej niekonwencjonalne? Ale czy odgłos, będący zupełnie abstrakcyjny spełni swoją rolę i zaalarmuje przechodniów? Być może. A może nie sprawi, że będą się spodziewać samochodu, ale przynajmniej spełni swoje zadanie i zwróci na siebie uwagę. Na takie pytania próbują odpowiedzieć naukowcy m.in. University of Warwick. Projekt “Elvin the Electric Car” ma na celu zbadanie jaki rodzaj emitowanego dźwięku będzie wystarczającym ostrzeżeniem dla przechodniów, nie będąc jednocześnie zbyt uciążliwym, a dodatkowo zadowoli właściciela samochodu, który marzy by wszyscy myśleli, że jeździ porsche…

Dotychczasowe propozycje marek samochodowych

Tymczasem Renault, Audi, Mercedes, Volvo, Toyota, Nissan czy inny Citroen próbują na własną rękę wykreować brzmienie dla swoich elektrycznych silników. Dla tych firm jest to kwestia bezpieczeństwa, ale również możliwość stworzenia czegoś, co będzie charakterystyczne dla danej marki. Innymi słowy marketing też ma tu duże znaczenie. I tak jak każdy z nas rozpozna dźwięk uruchamianego Windowsa, tak samo każda z tych marek chce stworzyć coś co będzie jednoznacznie z nią kojarzone. Coś jak pomruk ruszającego ferrari, który jest (w miarę) rozpoznawalny.

Jak na razie jedne z ciekawszych rozwiązań zaproponowało Renault dla swojego modelu miejskiego samochodu ZOE. Niestety mimo że widziałam już kilka tych pojazdów w Kopenhadze to jednak zawsze się ładowały (ciekawe dlaczego…), więc nie wiem jak brzmią na żywo, ale te nagrania brzmią bardzo oryginalnie i obiecująco! Mnie oczywiście najbardziej podoba się trzecia propozycja:

Tymczasem Audi w wielkim skrócie prezentuje na czym polega praca nad odgłosem ich E-Tron w poniższym filmiku. Jak widać i słychać odgłos ten zmierza w stronę trochę bardziej konwencjonalną. Końcówka filmiku wydaje się mocno podrasowana w jakimś edytorze, bo zewnętrzne głośniki (lub jeden głośnik) zazwyczaj są niewielkie i niekoniecznie są w stanie wygenerować niskie częstotliwości. Ciekawa jestem jak taki samochód brzmi w realu? I w jaki sposób ten “silnik” słychać wewnątrz pojazdu?

Jak wspomniałam głośniki zewnętrzne są zazwyczaj małe a to ze względu na to, że muszą się gdzieś w tym samochodzie zmieścić. A to powoduje określone ograniczenia – w myśl zasady im większy głośnik tym lepsze niższe częstotliwości. Ale może w przypadku pojazdów elektrycznych inne rozwiązania są na wyciągnięcie ręki? Niekoniecznie musi to być konwencjonalny głośnik. W końcu dźwięk jest niekonwencjonalny, więc może źródło dźwięku też mogłoby takie być. Mnie przychodzi do głowy np. wykorzystanie głośnika wibracyjnego! A Wy co myślicie? Co innego można wykorzystać w tym przypadku?

Teraz, pod koniec pisania, przyszło mi do głowy, że w dobie, gdy dla tych wszystkich marek samochodowych bez-wypadkowość jest priorytetem nowe technologie Active Safety już niedługo zapewnią nam bezpieczeństwo bez konieczności symulowania dźwięku silnika… Zobaczymy! Może już za kilka lat! A tymczasem ja planuję napisać coś o głośnikach wibracyjnych w przyszłym tygodniu. Trzymajcie kciuki.