Notka #5 – Helikopter i snapchaty

Jadąc pewnego razu z Fredrikiem samochodem ujrzeliśmy ciekawy znak drogowy z helikopterem. Znak był trójkątny i raczej żółty – znaczy się ostrzegawczy. A pod znakiem wielka tablica z jakimiś dłuugim napisem. Jako, że mój szwedzki nie jest na zbyt wysokim poziomie i zazwyczaj potrzebuję chwili spokoju by rozszyfrować tekst pisany, a wtedy dodatkowo pełniłam bardzo ważną funkcję kierowcy, to nie za bardzo zrozumiałam co na tej tablicy widniało. Szczęśliwie Fredrik jako Szwed z krwi i kości przeczytał i zrozumiał. Okazało się, że przed nami w odległości jakoby 500 m miały odbywać się “prace lotnicze”. Ani on, ani ja nie mieliśmy pojęcia co “prace lotnicze” mogłyby oznaczać. Ale i tak się trochę podnieciliśmy! Prace lotnicze, helikoptery na trójkątach! Toż to naprawdę brzmi obiecująco…

Helikopter na horyzoncie

O dziwo się nie zawiedliśmy! Na horyzoncie pojawił się helikopter i zaczął lądować zaraz obok jezdni. W efekcie czego ja zwolniłam do tempa -50 km/h (a i tak zanim to zrobiłam omal nie wjechałam w rów z przejęcia) i zakrzyknęłam ochoczo do Fredrika, aby wyciągał swój super telefon i kręcił filmik!

Fredrik się trochę zestresował. Zaczął panicznie przeszukiwać kieszenie kurtki, spodni, plecaka… Ale udało mu się! Udało mu się sfilmować helikopter jak znów wystartował. Wszystko to trwało maksymalnie kilka sekund. Tutaj zapraszam do obejrzenia dowodu rzeczowego. Polecam podkręcić głośność, gdyż ścieżka dźwiękowa jest zabójcza!

A teraz do rzeczy. Helikopter fajna rzecz. Na filmiku możecie dostrzec, że tak się na niego zapatrzyłam, że zjechałam pięknie na przeciwny pas. Szczęśliwie nic z naprzeciwka nie jechało… Jednak już po tych emocjonujących chwilach, gdy jechaliśmy dalej, Fredrik z wyrzutem stwierdził, że przeze mnie nie zobaczył helikoptera! No jak to?! Przecież był zbyt zajęty szukaniem telefonu, włączaniem aparatu i kręceniem. Miałam autentycznie wyrzuty sumienia. No bo faktycznie często się łapię na tym, że tam gdzie inni robią zdjęcia ja wolę “chłonąć” widoki całą sobą i zawsze myślę wtedy, że lepiej przez chwilę autentycznie poświęcić się podziwianiu jakiegoś tam zachodu słońca nad morzem lub w górach, niż mniej lub bardziej bezmyślnie cykać zdjęcia, których się później praktycznie wcale nie ogląda. Oczywiście pomijam tu osoby, które z ręką na sercu mogą powiedzieć, że tego rodzaju zdjęcia codziennie oglądają. A i oczywiście wszystkich artystów fotografików – wy jesteście usprawiedliwieni. Mam na myśli takich ludzi jak ja. Strzelających zdjęcia komórą, a zapominających, że lepiej być maksymalnie tu i teraz. A Fredrikowi mimo to wręcz kazałam udokumentować tę akcję zamiast ją podziwiać. A akcja była niezła bo helikopter podnosił coś mega ciężkiego (co pewnie zauważyliście jeśli oglądnęliście już vimeo).

Luźne obserwacje na temat snapchata i innych bajerów

W związku ze spostrzeżeniem Fredrika wywiązała się dyskusja na temat pokolenia snapchata. Czytaj teoretycznie mojego pokolenia. Eee… W sumie to snapchata akurat nie mam, ale uznaliśmy, że idea snapchata jest doskonałym podsumowaniem naszych obserwacji. Zamiast dzielić chwilę z kimś obok, potrafimy spędzać połowę swego życia w sieci. I chociaż koncepcja może i jest dobra – bo chodzi o to by dzielić się tym co się dzieje w naszym życiu z przyjaciółmi, gdy nie ma ich przy nas, to czasem można się w tym pogubić. Niby chodzi o podtrzymywanie relacji… Ale w przypadku snapchata nawet nie zawsze oczekujemy jakiegokolwiek feedbacku, więc wtedy w ogóle trudno mówić o relacjach. Bardziej może o reklamie i lansie. Więc tak w dużym skrócie – używajmy snapchatów i innych bajerów z głową. Niech służą do dzielenia się z kimś spostrzeżeniami. A nie do oddzielania się murem milczenia i patrzeniem w komórkę od osoby będącej w danej chwili przy nas.

A tak w ogóle to Fredrik mi następnego dnia podziękował. Jego trzyletnia córka oszalała z radości jak zobaczyła nagranie. Oboje też uwielbiają mój pełny zachwytu komentarz i Fredrik planował wykorzystać go jako sygnał przychodzącej wiadomości. Mam nadzieję, że już o tym świetnym pomyśle zapomniał…

PS. Powyższy tekst jest tylko luźną obserwację na temat tego, że czasem warto spędzić chwilę będąc w niej w 100% obecnym, a nie rozproszonym internetami. Więc niech żaden miłośnik snapchata się nie obraża!