Florence czy Bridget?

Ostatnio w naszych polskich kinach pojawiły się dwie komediowe propozycje, które z całego serca polecam. Tytuły te niejako wiążą się z tematyką filmów o szalonych dziewczynach o których możecie przeczytać tutaj. A to dlatego, że i Florence, i Bridget są bohaterkami trochę zwariowanymi. A jednocześnie bardzo kobiecymi i normalnymi. Po prostu takimi, z którymi każda kobieta może się jak najbardziej utożsamiać!

Także Panie – nie martwcie się, każda z nas potrafi z siebie zrobić popisowo idiotkę. Należy to tak jak Florence i Bridget przyjmować z uśmiechem na ustach i akceptować jako czarującą cechę swojego charakteru. Panowie – nie wiem czy Wy możecie się w jakiś sposób utożsamiać z takimi bohaterkami? Jeśli tak to super, bo tym lepiej rozumiecie kobiety, a jeśli nie to prosimy o akceptację naszych ekscesów przynajmniej w 30% tak wyrozumiale jak ekranowi partnerzy Florence i Bridget.

Bridget Jones 3

Kto z nas nie zna uroczej bohaterki popełniającej komiczne gafy na każdym kroku i mającej wręcz absurdalne pomysły? Gafy, które są całkiem normalne i nam znajome, ale tak skondensowane przyprawiają o zawrót głowy… I zabawne pomysły, na które byśmy raczej same nie wpadły. Albo może byśmy wpadły, ale niekoniecznie miały odwagę je realizować.

Bridget nie boi się być sobą i dążyć do raz obranego celu. Ma paczkę dobrych znajomych i dużego pecha, jeśli chodzi o wpadanie na nieodpowiednich facetów. Do czasu jak poznaje Marka Darcy’ego! W końcu zakochuje się po uczy w kimś właściwym! Tak by się przynajmniej mogło wydawać. Perypetie miłosne Bridget znamy z dwóch wcześniejszych filmów (i książki). Tak samo jak znamy szczęśliwe zakończenie z nią w ramionach ukochanego i wyrozumiałego (chociaż trochę bufonowatego) Marka.

Jakież jest nasze zdziwienie gdy na początku trzeciej części dowiadujemy się, że Bridget znowu jest singielką. A już przecież nie jest taka młoda! Swoje 42. urodziny kolejny raz spędza w pojedynkę. Samo życie. Darcy okazał się po prostu nieodpowiednią osobą. A może Bridget okazała się nieodpowiednia. Lub jeszcze inaczej – oni razem po prostu byli nie dla siebie. Biedna Bridget jak zwykle czuje się samotna, zwłaszcza że oczekiwała od paczki niezastąpionych przyjaciół, że znajdą dla niej chwilę w jej święto. Niestety, tak jak jej życie stoi w miejscu w kontekście rodzinnym (jeśli chodzi o inne aspekty życia wydaje się, że może być zadowolona…), tak jej przyjaciele ruszyli dalej już jakiś czas temu. W związku z tym wybiera się z przyjaciółką z pracy na festiwal muzyczny, na którym poznaje kogoś czarującego. A później spotyka Marka. A potem okazuje się, że jest w ciąży! Tylko z kim?!

Przezabawna historia! Bridget znów rozbraja – zarówno swoim poczuciem humoru jak i ogromną wrażliwością i kruchością. Pokazuje, że potrafi być silna i doskonale sama sobie radzi, ale tak naprawdę nie pogardzi pomocą przyjaciół oraz jakiegoś silnego faceta. Tak jak chyba większość z nas. Broni swojego zdania i po prostu jest sobą. Brawo Bridget! Z kina wyszłam płacząc ze śmiechu i chociaż spodziewałam się trochę innego zakończenia to i tak uważam, że warto poprawiać sobie humor takimi filmami. Polecam!

Florence Foster Jenkins

Tak jak po Bridget Jones wychodziłam z kina płacząc ze śmiechu, tak po obejrzeniu tej pozycji wychodziłam z mocno mieszanymi uczuciami. Był to bardziej śmiech przez łzy. Florence przedstawiona w filmie jest bowiem osobą, która bezgranicznie kochała muzykę, sponsorowała wiele wydarzeń artystycznych i wspomagała finansowo ubogich lecz utalentowanych muzyków. Dzięki swojej, odziedziczonej po rodzicach, fortunie mogła występować na wielkiej scenie i nagrywać płyty. Jej ukochany mąż pilnował, aby nie dowiedziała się, że jest popularna ze względu na to jakiej rozrywki dostarcza słuchaczom, a nie ze względu na swój wspaniały talent.

Nie wiem z czego to wynika (może z  niewielkiej ilości kin w mieście), ale w Göteborgu sala kinowa jest autentycznie zawsze pełna ludzi – i to niezależnie czy jest to taka komedia, czy może najnowszy film Tarantino. Nigdy nie ma w pobliżu nawet jednego wolnego miejsca, na którym można by położyć kurtkę… Ale do rzeczy! Podczas oglądania “Florence” autentycznie byłam zła na publiczność. Bohaterka przeżywała muzykę, starła się jak mogła nadać swojemu głosowi brzmienie, a ten się załamywał. Nawet nie fałszowała, a jedynie jej głos nie dawał rady trudnym utworom. Ale autentycznie się starała. Dla mnie było to wzruszające. Pokazywała, że nie należy bać się ludzkiej oceny, ale po prostu próbować i realizować swoje marzenia. I ciągle się starać. Prawie tam płakałam, a ludzie się śmiali! Straszne! Zagłuszali swoim śmiechem to co się działo na ekranie. I wręcz swoją wesołością osaczali mnie i Michalinę! Zakładam, że nigdy nie próbowali swoich sił jako śpiewacy operowi, więc są w moich oczach usprawiedliwieni :) Dodatkowo życie osobiste Florence nie było usłane różami co tym bardziej wzbudzało moje współczucie. Ale moi współ-widzowe (ewidentnie bez serca) nie byli aż tak empatyczni :)

W rzeczywistości ponoć Florence Foster Jenkins porównywała swój talent do wielkich śpiewaczek operowych. I chociaż zdawała sobie sprawę, że podczas koncertów jej słuchacze nie mogli czasem powstrzymać śmiechu to przypisywała to zwykłej ludzkiej zazdrości. Sama projektowała sobie kostiumy, a jej koncerty zawsze były ogromnym wydarzeniem, na które osobiście zapraszała grono stałych wielbicieli. Ponadto, dowiedziałam się że jej choroba (wspomniana w filmie) przypuszczalnie była przyczyną problemów ze śpiewaniem. Choroba ta łącznie z wpływem ówczesnego leczenia, polegającego między innymi na zażywaniu toksycznego arszeniku, prawdopodobnie powodowały uszkodzenia systemu nerwowego oraz słuchu. W efekcie Florence mogła słyszeć swój głos zupełnie inaczej niż jej słuchacze. Jest to zresztą w pewnym momencie doskonale pokazane na filmie.

Uważam, że na uwagę zasługują słowa prawdziwej Florence wykorzystane w produkcji:

Ludzie mogą mówić, że nie potrafię śpiewać. Ale nikt nie może nigdy powiedzieć, że nie śpiewałam.

Piękne słowa. Chciałabym, abym kiedyś mogła o sobie powiedzieć w podobny sposób – niekoniecznie o śpiewaniu. Florence po prostu nie bała się spełniać swoich marzeń, ciągle próbować i po prostu być sobą. Podobnie jak Bridget, chociaż w trochę inny sposób. Może trochę bardziej dojrzale i serio. Florence jest zdecydowanie moją idolką.

A Wy widzieliście któryś z powyższych filmów? Jak Wam się podobały?