Weekend w Göteborgu

Już połowa listopada a tu postów ani widu! Bardzo Was przepraszam! Obiecuję poprawę! Ilość postów podczas ostatniego miesiąca była bardzo zależna od ilości miłych gości z Polski. Gdybym miała przedstawić to na jakimś grafie zapewne wyglądałby on tak:

Właściwie to ten wykres powinien zmierzać do zera o wiele szybciej wraz ze wzrostem liczby gości… Ale ja tam lubię się trochę oszukiwać i w związku z tym myślę, że następnym razem uda mi się wygospodarować chwilkę na napisanie krótkiego posta, nawet podczas czyichś odwiedzin. Tak więc niech ten optymistyczny wykres zostanie bez zmian! A z drugiej strony goście w Szwecji to rzadkość, więc może jednak z moimi priorytetami wszystko w porządku :)

Skoro o gościach mowa to może wspomnę co obowiązkowo należy zaliczyć podczas krótkiej weekendowej wizyty w Göteborgu – oczywiście poza porządnym zwiedzaniem muzeów. Przychodzą mi do głowy cztery rzeczy, które (prawie) zawsze robię z moimi gośćmi:

1. Kupujemy godis

Szwedzi są zakręceni na punkcie ilości cukru w swoim krwiobiegu. W związku z tym na każdym kroku można natknąć się na sklepy o uroczej i dosyć jednoznacznej nazwie GODIS, oznaczającej po prostu słodycze sprzedawane na wagę. Jak zawitacie do Göteborga lub jakiegokolwiek innego szwedzkiego miasta pamiętajcie, że należy odwiedzić taki sklep i koniecznie spróbować wszystkich rodzajów oferowanych tam karmelków, czekoladek, cukierków i żelek. W tym oczywiście lakrits oraz salmiaków czyli saltlakrits. Lakrits to moje mocno nieulubione żelki o smaku anyżowym. O dziwo znam osoby, które je tolerują. Janek twierdzi, że są one tak niedobre, że aż smaczne. A moja mama je tak po prostu lubi. Zapewne płynie w niej trochę krwi wikingów… Salmiaki to właściwie to samo co zwykłe lakritsy z tym, że są one dodatkowo jeszcze słone. Smacznego życzę!

2. Odwiedzamy Slottsskogen

O Slottsskogen pisałam już gdy wspomniałam, gdzie można spotkać się z łosiem. Tutaj zapodaję linka do łosków. Ale poza podglądaniem tych zwierzaków w Slottsskogen można również urządzić piknik lub grilla na trawie czy też czasami posłuchać koncertu na świeżym powietrzu. Ale zaraz… Przecież przy temperaturze bliskiej zeru nie da się grillować. Lub może nawet się da, ale nie sprawia to nikomu żadnej przyjemności!

Mimo to polecam odwiedzić nasz miejski park nawet podczas chłodniejszych dni. Można tam spędzić długie minuty na obserwacji moich ukochanych fok oraz nie-zawsze-plastik-podobnych pingwinów. Jankowi i Emilce udało się uchwycić je w ruchu:

(Fotograf: Jan Jastrzębski)

(Fotograf: Emilia Czarnik)

(Fotograf: Emilia Czarnik)

3. Jedziemy na wyspy / nad jeziora

W Göteborgu znajduje się kilka muzeów, które uważam za godne odwiedzenia jak się już tutaj jest. Ale prawdziwych fanatyków muzealnych eksponatów miejsca te nie zachwycą. Niestety nie są to zbiory na miarę Luwru czy londyńskiego Natural History Museum… Dlatego zawsze mówię, że to co w Göteborgu najlepsze to piękne krajobrazy i przyroda. Jeśli jesteście tu tylko na weekend możecie odpuścić muzea a wybrać się na którąś z wysp z północnego lub południowego archipelagu.

Na południowych wyspach, na przykład Brannö, Asperö, Vrangö czy Styrsö, nie ma ruchu samochodowego i dostaniemy się tam promem z portu Saltholmen. Do Saltholmen jeździ z centrum miasta tramwaj 11. Bilety na promy są w takiej samej cenie jak bilety autobusowe czy tramwajowe. Wyspy te podczas cieplejszych dni również są doskonałym miejscem na piknik!

Na południowe wyspy, przykładowo Hälsö, Bjorkö, Honö czy Öckerö, zabierze nas bezpłatny prom, który przewozi ludzi, samochody, rowery, autobusy i co tylko jeszcze sobie wymyślicie. Na te wyspy normalnie można wjechać autem, ale nie prowadzi na nie żaden most. Wspomniane bezpłatne promy, takie jak na zdjęciu poniżej, kursują co 15 minut i służą jako mosty. Każdy prom ma własne imię – widocznie są one chrzczone tak samo jak normalne statki. Zapewniam Was, że podróż takim promem sama w sobie jest super.

Jeśli macie już dosyć morza (np. ze względu na mocno orzeźwiający wiatr) to polecam udać się nad któreś z pobliskich jezior. Najbliżej miasta znajduje się park narodowy Deljsön, a w nim piękne jeziora. Jeśli ktoś jest zmotoryzowany lub po prostu bardziej zdeterminowany by wybrać się dalej to polecam spacer nad trochę większe jezioro Mjörn w pobliżu Alingsås. Alingsås jest ślicznym miasteczkiem, o charakterystycznej zabudowie i dobrej kawie, liczącym około 25 000 mieszkańców. Podczas ostatniego weekendu udało nam się złapać tam trochę słońca:

W Nolhaga Park nad brzegiem Mjörn znajduje się małe zoo na kształt tego w Göteborskim Slottsskogen. Można tam trafić na taki bonusowy widok:

Przyznajcie sami – czy nie warto się tam wybrać chociażby dla takiej atrakcji? Ostrzegam tylko, że taki słodki konik o dziwnej fryzurze jest w stanie w dwie sekundy wciągnąć połowę kanelbulle. Uważajcie!

4. Robimy zakupy w second hand

Östhjälpen Second Hand nie jest zwykłym second handem. W tym miejscu znajdziecie wszystko – od materiałów budowlanych, desek, krzeseł, starych obrazów do ubrań, butów, książek, płyt gramofonowych, sprzętu kuchennego oraz czasem prawdziwych antyków. Miejsce jest niesamowite i spokojnie można spędzić tam kilka godzin. Skąd ten sklep bierze towar? Jego działalność polega na otrzymywaniu darowizn. Każdy może przywieźć coś do Östhjälpen – czy to cenne meble czy też stare i przez nikogo nie używane talerze. Darczyńca nie otrzymuje żadnych pieniędzy. Całkowity dochód ze sprzedaży jest przeznaczony na cele humanitarne. Z tego co wiem to Östhjälpen obecnie jest zaangażowany w projekt budowy zespołu mieszkań dla niepełnosprawnych dorosłych w Hateg w Rumunii. Szczegóły na temat funkcjonowania tego miejsca można znaleźć tutaj: Östhjälpen.

Chyba nie będzie dla Was zaskoczeniem, jeśli przyznam, że nie udało mi się w ostatnią sobotę wyjść stamtąd bez wydania pewnej drobnej sumy…

Jak Wam się podoba mój krótki zestaw TO-DO w Göteborgu? Skorzystalibyście z któregoś z pomysłów?