Mikołajowe inspiracje

Cześć Kochani! Jak Wam mija dzisiejszy wspaniały dzień? Dostaliście jakieś ciekawe prezenty? Coś szalonego czy może raczej symbolicznego? A może tak jak ja zapomnieliście napisać list do św. Mikołaja i musieliście brak prezentów, rozczarowanie i smutek zajadać czekoladą…? Jak to dobrze, że zajadanie się czekoladą jest prezentem samym w sobie :)

A tak serio to jak się jest na dalekiej obczyźnie to nie zawsze trzeba liczyć na materialne prezenty (chociaż przyznaję się, że na coś tam liczę jak już dotrę do Krakowa na gwiazdkę). Dużo ważniejsze albo przynajmniej równie ważne są również te niematerialne prezenty. Mam na myśli chwile, wspomnienia, rozmowy, zasłyszaną piosenkę czy jakiś ciekawy filmik. Od św. Mikołaja dostałam dzisiaj szczególny prezent. Rozchorowałam się! To chyba przez to codziennie śpiewanie na lekkim mrozie, o którym wspomniałam w Notce #9. Rozchorowałam się nie na tyle by leżeć w łóżku i jęczeć bez życia, ale na tyle by nie iść do pracy i jęczeć w łóżku troszeczkę. W związku z tym miałam bardzo przyjemny dzień, który mogłam przeznaczyć na totalny relaks – jeśli nie liczyć pewnych dolegliwości i przespanych godzin. Ale te nieprzespane spędziłam bardzo miło. I w związku z tym czuję, że chciałabym podzielić się z Wami moimi małymi mikołajowymi przemyśleniami / inspiracjami dotyczącymi właśnie tych niematerialnych upominków, którymi możemy się obdarować.

Po pierwsze – książka

Chwilka na książkę to świetny upominek dla samej siebie. Do tego kubek dobrej herbaty… Pilcher u mnie nadal w modzie. Tym razem kończyłam pozycję „Poszukiwacze muszelek”. Zorientowałam się w połowie, że jest to niejako pierwsza część „Września” (o którym pisałam tutaj). Cóż… Takie są uroki czytania książek na kindle – czasem po prostu ściągam masę nowych tytułów, a później zapominam, że mogą być ze sobą jakoś powiązane. Ta pozycja jest trochę smutniejsza niż część druga. Akcja toczy się w latach 80’, ale od czasu do czasu pojawiają się retrospekcje dotyczące wojennego okresu. Co ciekawe mimo, że historia z lat wojennych jest dużo bardziej nieszczęśliwa, to pozostawia po sobie uczucie ciepła. To część książki opisująca relację bohaterów z lat 80’ jest dużo bardziej smutna i gorzka, gdyż pojawia się w niej kilka wątków niewdzięczności dzieci w stosunku do rodziców. Podkreślę, że zupełnie nieuzasadnionej. Wydaje mi się ważne, żeby pamiętać o wdzięczności w stosunku do osób, które spotykamy w życiu. Do ich dobroci i cierpliwości. Szczególnie rodziców. Ja jestem moim rodzicom wdzięczna za wiele rzeczy, mam nadzieję, że potrafię to od czasu do czasu okazać. W każdym razie jest to chyba dobry pomysł, aby zastanowić się w związku z nadchodzącymi Świętami jak możemy okazać swoim rodzinom miłość i wdzięczność.

A przy okazji kilka smaczków cytatowych z ostatniej książki. Pilcher ładnie umie pisać o wszelkich aspektach życia i jest dobrym obserwatorem. A przy tym nie narzuca swojego sposobu myślenia. Jest subtelna i nienachalna:

– Kiedy pierwszy raz umiera nam ktoś bliski, to jest to najbardziej wstrząsające przeżycie. Ale po pewnym czasie jakoś się w końcu z tym godzimy.

– Tak, przypuszczam, że tak jest. On mawiał: „Całe życie jest kompromisem”.

A kolejny fragment to właściwie cytat w cytacie. Pilcher sięga po „Elizabeth i jej niemiecki ogród” Elizabeth von Arnim. Nawiasem mówiąc ciekawe, że Angielka ta zamieszkała pod Szczecinem po ślubie z pruskim oficerem – chyba sięgnę po na ten tytuł chociażby z tego powodu, że jakimś stopniu jest związany z Polską. Ten urywek mówi według mnie właśnie o wdzięczności i o szczęściu jakie płynie z doceniania tego co się ma tu i teraz:

Co za szczęśliwa kobieta ze mnie. Mieszkam w ogrodzie. Mam książki, małe dzieci, ptaki i kwiaty, i pełno wolnego czasu, żeby się tym wszystkim nacieszyć. Czasem wydaje mi się, że dzięki jakiemuś specjalnemu błogosławieństwu udało mi się to, co tak niewielu ludziom się udaje – tak łatwo znaleźć szczęście.

Trochę o Bogu:

– Nie była tak naprawdę osobą wierzącą, A ideę zmartwychwstania i życia po śmierci z wielkim trudem przyjmowała do wiadomości. (…) Wręcz nie jestem pewna czy przyjmowała istnienie Boga. (…)

– Nie zamartwiałbym się tym. Ona mogła nie wierzyć w Boga, ale gwarantuję, że Bóg wierzył w nią.

I na koniec trochę bardziej romantycznie… Och chciałabym dostawać takie listy miłosne!

…i marzę o tym, żeby być tam razem z Wami, dzieląc z Wami śmiech, radość i wszystkie domowe sprawy tego miejsca, o którym nauczyłem się już myśleć jako o swoim drugim domu. Wszystko to było dobre, w każdym sensie tego słowa. A w tym życiu nic nie idzie na marne. Pozostaje częścią człowieka, częścią jego charakteru. I tak, cząstka Ciebie jest ze mną wszędzie. A cząstka mnie pozostanie Twoja na zawsze.

Po drugie – rozmowa

Jakie to doskonałe urządzenie ten telefon! Nie ma niczego co by nie było jednocześnie tak przyjemnego i męczącego jak usłyszeć głos swoich bliskich. Przyjemnego, bo jest to pewna namiastka bycia z nimi. Daje poczucie uczestnictwa w ich życiu. Jak jest się daleko bardzo należy dbać o to by mieć chwilę na pogadanie. Bo niestety samotność często chwyta i wtrąca w odmęty ponurego nastroju w najmniej spodziewanych momentach! Także dzięki za telefony! A trochę męczącego bo te rozmowy się zawsze przeciągają w nieskończoność :) Zawsze po obiecuję sobie – częściej a krócej. Niestety nie zawsze wychodzi.

Temat rozmowy pozostając trochę w temacie wdzięczności – to doskonały sposób na okazywanie innym troski i miłości. Także dzwońcie do mnie gdy nie możecie się doczekać pogaduszek twarzą w twarz. A uważna rozmowa to przecież doskonały prezent. Nie tylko mikołajkowy. Może ją komuś dzisiaj ofiarujecie?

Po trzecie – wspomnienia

Wspomnienia to znów coś w rodzaju prezentu dla siebie. Nie wiem czemu, ale tak mi się dzisiaj przypominały sytuacje związane z dniem św. Mikołaja. Na przykład szeroko rozpowiadana anegdotka z czasów, gdy jeszcze dzieliliśmy pokój z moim bratem. Wiktor kiedyś był strasznym śpiochem – teraz to chyba ja jestem większym – ale jeden dzień w roku był dniem wyjątkowym. 6. grudnia mój kochany braciszek nigdy mnie nie zawiódł! Wstawał długo przede mną i budził mnie cały podekscytowany… Ale dopiero po rozpakowaniu i przeanalizowaniu zawartości wszystkich prezentów. To znaczy po rozpakowaniu zarówno swoich jak i moich upominków. Kochany! Chciał mi zaoszczędzić roboty! No i to niezdrowo się zbytnio podniecać. Zawsze był bardzo opiekuńczy :)

Dodatkowo przypomniały mi się podchody dotyczące wysyłania listów do św. Mikołaja i próbowanie złapania go na tym jak te listy zbierał. Bo nie wiem jak u Was, ale u mnie nie wysyłało się takiego listu zwykłą pocztą, ale wystawiało za okno. Naprawdę nie potrafię Wam powiedzieć jak to możliwe, ale te listy potrafiły zniknąć z parapetu w przeciągu pół godziny. Kiedyś zgasiliśmy światło i zaczailiśmy się przy oknie, próbując go wypatrzeć w ciemności, ale mama zawołała nas na kolację… Jadłam bardzo szybko, ale i tak zdążył w tym czasie zebrać listy!

Ach i jeszcze jakie te listy były wspaniałe. Całe spisy wymarzonych prezentów. Biedny Mikołaj! Chyba zwykle za późno wysyłałam list, bo zawsze dostawałam coś innego niż to o co prosiłam. Myślę, że chciał mnie tym nauczyć może jakiejś skromności lub umiejętności doceniania tego co się ma. Albo faktycznie te listy pisaliśmy z Wiktorem trochę za późno… Lubię też o sobie myśleć, że nieegoistycznie zawierałam w nich również prośby o prezenty dla innych, ale chyba tak nie było… Naprawdę nie pamiętam! Wydaje mi się, że ten trend zapoczątkowała dopiero młodsza siostra, która pisała całe epistoły. Bardzo piękne i wzruszające. Rzadko prosiła tam o coś dla siebie i zazwyczaj nie były to prośby o coś materialnego. Pełen szacun Tosia! Aczkolwiek wiesz, że jak na mój gust Twoje listy zawsze są trochę zbyt pompatyczne :)

A Wam jakie wspomnienia przychodzą do głowy?

Po czwarte – trochę muzyki

Jako, że miałam dzisiaj chwilkę na przeglądanie internetów natknęłam się na wykonanie „Kolędy Warszawskiej” Zbigniewa Preisnera w wykonaniu Margaret. Możecie ją znaleźć tutaj. Mnie chyba jednak pozostanie bliskie sercu wykonanie Justyny Szafran z 1999. Albo jest ono lepsze lub zwyczajnie trochę inne, albo po prostu staję się sentymentalna. Bo to właśnie tę wersję znam od dawna:

Miłego słuchania!

Po piąte – rekolekcje

Kolejny raz w tym roku tęsknię trochę za roratami. Co oczywiście nie znaczy, że jakbym była w Polsce to bym na te roraty przykładnie chodziła. Ale może chociaż mogłabym się postarać. Ale za to spędzam trochę czasu nad internetowymi rekolekcjami. I jak co roku o. Szustak jest na topie i czasem zerkam co mówi, tak w tym roku urzekły mnie stonowane wizualnie, a bardzo konkretne i krótkie nagrania o. Tomasza Zamorskiego. Jeśli macie ochotę na takie rekolekcyjne klimaty to zróbcie sobie prezent i posłuchajcie serii „Posoleni ogniem”. Polecam! I Agatka – dzięki za podesłanie!