Notka #10 – Czym się żywić podczas choroby?

Jak może wiecie (chociaż tu na blogu nie jest to oczywiste) jestem kimś kto raczej stara się zdrowo odżywiać, więc dzisiejszy wpis proszę potraktować z przymrużeniem oka. Jako, że przeziębienie dalej mnie trzyma – chociaż do pracy już przykładnie chodzę – to dzisiaj będzie słów kilka o tym, czym typowy Szwed leczy swoją grypę, przeziębienie czy też depresję, zostając w grudniowy, deszczowy dzień w łóżku.

Przepisy mam trzy i pochodzą one z mojego sprawdzonego i niezastąpionego źródła szwedzkości, czyli od Fredrika.

Lek 1 – Nyponsoppa

Na pewno słyszeliście, że owoce dzikiej róży mają mnóstwo witaminy C. Ja również. Jak byłam mała moja babcia i mama nieraz dorzucały mi trochę suszonych owoców róży do herbaty – jak byłam przeziębiona lub nie (tak bardziej profilaktycznie). Otóż Szwedzi też mają swoje sposoby wykorzystania witaminy C zawartej w tych cennych owocach. Jednak jako naród uwielbiający wszystko co nadmiernie słodkie mają szczególny sposób faszerowania się tą witaminą C. Nyponsoppa to nic innego jak zupa krem przygotowywana ze wysuszonych i sproszkowanych owoców. Zupę tę kupuje się w postaci instant – zalewa ciepłą woda, dodaje bitej śmietany i groszku ptysiowego, a następnie serwuje choremu dzieciakowi. Co ciekawe ponoć istnieje tylko jedna firma produkująca tę mieszankę. A sama zupa jest potwornie słodka. Co tylko świadczy o tym ile musi być w niej cukru, bo przecież owoce róży są potwornie kwaśne. Ciekawa jestem czy w związku z tym nyponsoppa ma na pewno takie zbawienne właściwości jak sądzą niektórzy :)

Lek 2 – Julmust

Jeśli będziecie mieć kiedyś przyjemność odwiedzać Skandynawię w okolicach Bożego Narodzenia na pewno zdacie sobie sprawę, że w tym okresie nie pije się tutaj coca-coli ani innych pepsi. Pije się julmust. Etymologia słowa jest prosta: jul – Boże Narodzenie, must – napój. Czyli po prostu napój bożonarodzeniowy. W smaku podobny trochę do kwasy chlebowego. Wyprodukowany na bazie chmielu, słodu i owoców, ale nie poddany fermentacji, czyli nie zawierający alkoholu. Niezwykle popularny w okresie Świąt. Podczas świąt wypija się w Szwecji 45 milionów litrów tego gazowanego, słodkiego napoju. Czyli powinnam wypić 9 litrów, aby wszystkie statystyki się zgadzały… Cóż jeszcze trochę mi brakuje, chociaż nie ukrywam, że julmust jest całkiem smaczny, ale chyba niestety mniej zdrowy niż kwas chlebowy… Ale coo z tego?! Fredrik twierdzi, że to najlepsze lekarstwo na nudę, gdy się siedzi w domu i choruje :)

Lek 3 – Lussekatter

I na koniec oczywiście – szafranowe bułeczki o charakterystycznym zawijanym kształcie. Nie pytajcie jaki mają związek lussekatter z chorowaniem, bo związek jest właściwie taki sam jak w przypadku julmust. Po prostu jeśli chorujecie w odpowiednim czasie, czyli w grudniu, to na pewno będziecie się dopieszczać właśnie takimi bułeczkami. Fredrik po prostu jak był chory dwa tygodnie temu to do pracy wrócił szczęśliwy i wypełniony po brzegi lussekatter zapijanymi wyżej wspomnianym napojem. Twierdzi, że to doskonała recepta na chorobę. Nie mogę się z nim nie zgodzić. Taka porządna dawka cukru na pewno u każdego może spowodować cukrzycę czy też inne miażdżyce… Ale na pewno poprawia humor. Przynajmniej na chwilę :)

Lussekatter to drożdżowe bułeczki pieczone z okazji dnia św. Łucji z Syrakuz obchodzonego 13. grudnia. Kult św. Łucji wywodzi się z Włoch i przez Niemcy przywędrował na Północ. Na cześć męczennicy co roku urządzane są tak zwane luciatåg. Procesja ubranych na biało dziewcząt, prowadzona przez św. Łucję w wianku ze świecami mającymi rozpraszać zimowy mrok, kroczy ulicami miasta (lub kościoła czy szkoły w zależności gdzie odbywa się uroczystość). To właśnie podczas luciatåg można usłyszeć tradycyjne szwedzkie pieśni – przede wszystkim słynne “Sancta Lucia”:

Trochę więcej na ten temat możecie poczytać na Szwecjoblogu – klik.

A Wy czym się żywicie podczas adwentowych chorób?