“Planeta Singli” – recenzja?

Linda bardzo się na mnie ostatnio oburzyła. We wtorek wybrałyśmy się na nową “Piękną i Bestię” (kto już widział i co się komu podobało / nie podobało?), a wcześniej na bardzo zdrową kolację do ponoć dobrego miejsca w Göteborgu o wdzięcznej nazwie Happy M Kitchen. Kto by się nie chciał wybrać do “happy kitchen”? Hmmm? A jeszcze jak jest tam takie tajemnicze “M” to pozostawia to tyle możliwości i przyjemnych skojarzeń, że po prostu nie można się takiej reklamie oprzeć… To znaczy taki był plan – nie opierać się tej reklamie. I plan był taki aby żarcie było zdrowe. No ale wyszło jak zwykle i nie udało się zdrowo. Czekałam na Lindę pod tym wdzięcznym miejscem na zimnym wietrze przez 20 minut. Wiecie jak jest… Bo ja zawsze się spóźniam, więc ona założyła, że i tym razem tak będzie, a ja – po tym jak na to moje wieczne spóźnianie wyjątkowo narzekała – wyjątkowo się postarałam, żeby być na czas. No zero wdzięczności czy zrozumienia na tym świecie. W każdym razie stałam pod tym M Kitchen te nieszczęsne 20 minut i nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić czy jest otwarte.

Cóż… Linda w końcu dotarła – szczerze to ja nie jestem typem kogoś kto oburza się na innych o spóźnienia bo zazwyczaj są to przypadki 1:100000000. Gdzie ja jestem tym drugim. Linda się pojawiła, udałyśmy się do wejścia a tam zamknięte! Nie ma to jak spędzić pół dnia pod drzwiami restauracji czekając na koleżankę i nie sprawdzić czy aby te drzwi na pewno są otwarte. Jako, że w 200% przypadków nie są. Także i tutaj zmieściłyśmy się w tych 200%, bo okazało się, że był wtedy TEDx! Super! Świetna okazja, żeby dołączyć – o ile są miejsca. No ale nie oszukujmy się. Kto będzie się wybierał na TEDx jeśli ma już kupione bilety na “Piękną i Bestię” na za godzinę. Trzeba mieć priorytety w życiu (zresztą i tak ponoć już nie było wejściówek – sprawdzone później).

Efekt końcowy był taki, że wszamałyśmy na szybko dużo mniej zdrowego burgera za to w bardzo przyjemnym miejscu. Oni mi nic nie zapłacili, ale ja po prostu muszę tu wrzucić reklamę, bo miejsce polecam. W środku uroczo, trochę hipstersko i są fajne lampy. Miejsce się nazywa TUGG Burgers i jest w samym centrum na Drottninggatan 21 – także jak będziecie przelotem w Szwecji to koniecznie tam zaglądnijcie. I dajce mi znać to dołączę :)

Burgery dobre (ponoć pieką nawet swoje pieczywo do nich). I co najważniejsze można dostać pyszne bataty (niestety chyba smażone, a nie pieczone) – takie jak na zdjęciu.

A w ogóle to ja przepraszam za przydługi wstęp. Chyba chciałam uśpić Waszą czujność w związku z czym to Linda się na mnie oburzyła. A przy okazji usypiania czujności polecić ładne miejsce w Göteborgu oraz wkleić ładne zdjęcia jedzenia. Ponoć ładne zdjęcia jedzenia podbijają statystyki blogowe co najmniej dwukrotnie. Bardzo na to liczę!

I znów zmieniam temat. A chciałam się przyznać, że Linda się na mnie oburzyła, że jestem nieautentyczna! A to najgorsza rzecz jaką może robić ktoś kto rozpisuje się o swoim życiu w sieci. No więc moja droga koleżanka podczas szamania tego pysznego burgera spytała o ten wyjazd na narty do Sälen, o którym wspomniałam tutaj. A ja musiałam się jej przyznać, że jednak zrezygnowałam i nie pojechałam. Z przyczyn ni mniej ni więcej ale prywatnych. Czytaj: problemów z kolanem. A z tym to się też wiąże zabawna historia bo większość mojego działu jest na mnie śmiertelnie obrażona. Z tego prostego powodu, że w zeszłym tygodniu wysłałam rozpaczliwego maila do wszystkich – ja naprawdę nie wiem skąd mi się bierze ten ekshibicjonizm – z pytaniem czy ktoś nie chciałby pojechać za mnie na narty, gdyż niestety się starzeję (tutaj parę szczegółów) i w związku z tym z radością odstąpię swoje miejsce osobie mentalnie młodszej. To “mentalnie” nie pomogło. Starsze ode mnie 78/80 mojego działu uznało to za bardzo przykry żarcik. A ja przecież działałam stricte marketingowo i chciałam tylko przykuć ich uwagę…

Także już znacie mój najskrytszy dzisiejszy sekret. Przyznaję się. Nie pojechałam na narty. Kolano było doskonałą wymówką, żeby nie męczyć się na 300 metrowych stokach :) Mam nadzieję, że znów powróciła Wam wiara w człowieka i możecie przyznać, że potrafię być autentyczna.

EDIT: Jeśli ktoś w tych wszystkich dygresjach nie sczaił o co chodziło z tą autentycznością (taaak pojawiły się o to pytania) to już tłumaczę. Nie mogę bezkarnie wmawiać moim czytelnikom, jaka to jestem super, że jadę na narty do Sälen, a później nie jechać i się do tego nie jechania nie przyznać :P Pozdrawiam!

Okej. A teraz po tym naprawdę długim i autentycznym wstępie zapraszam na właściwą część programu! Mianowicie miałam ostatnio przyjemność znów się odmóżdżać lekkimi filmami. Tak tak, było wśród nich kilka polskich komedii romantycznych. Pominę łaskawym milczeniem te z nich, które były wręcz tragiczne, a skupię się na jednej, która był całkiem spoko.

“Planeta Singli”, bo o niej mowa to zeszłoroczny hit walentynkowy. Ogląda się przyjemnie, nie trzeba się wysilać i nie ma jakichś bardzo zaskakujących zwrotów akcji (poza jednym, ale o tym poniżej). Film ogólnie trochę schematyczny i lukrowany, ale tak poza tym to naprawdę serio mówię, że całkiem miło się go ogląda. Stuhr oczywiście odwala tam bardzo dobrą robotę (jak na ten otaczający go lukier ). To by było tyle z mojej recenzji. Możecie oglądać :) Na zachętę oficjalny zwiastun:

Niestety muszę się przyczepić do jednego – do chóru. Jak wiecie jestem trochę zakręcona jeśli chodzi o pojęcie chóru jako takiego. Jeśli nie wiecie to przypominam jeden z pierwszych wpisów – 8 rzeczy, które dał mi chór. W związku z tym musicie mi wybaczyć, ale się przyczepię.

Główna bohaterka Ania (Agnieszka Więdłocha) jest nauczycielką muzyki. Oczywiście w przerwach pomiędzy randkowaniem online, bo w końcu o tym jest ten film. W tych przerwach przygotowuje swoją niewielką grupę uczniów do końcoworocznego występu. No i tutaj pojawia się problem, bo ta niewielka grupka radzi sobie może nie najlepiej, ale jakoś, więc Ania wpada na doskonały plan, żeby w ostatniej chwili zmienić repertuar. Wiemy, że w ostatniej chwili, bo zaproszenia już zostały wysłane i koncert odbywa się “lada dzień”.

No więc chodzi o to, że przez cały film jest problem ze zrobieniem z tego chóru gwiazd estrady. Dzieciaki mają wręcz problem, by śpiewać unisono. A później ona kilka dni przed występem zmienia skład zespołu – wciąga do niego małych sportowców, obrażających na każdym kroku równie małych muzyków. A także zmienia utwór końcowy z “Kukłeczka kuka” na Grechutę (tu się akurat nie dziwię, że usuwa tę biedną kukułeczkę)… Aha i jeszcze włącza do zespołu małą, chyba pięcioletnią dziewczynkę. Dziewczynka ta jest na próbie dwa razy co znaczy, że musi być mega zdolna bo i tak dostaje podczas koncertu własne solo! Fantastycznie! Efekty wszystkich zmian last minute? Wręcz kosmiczne. Oceńcie sami:

Czyli podsumujmy:

  • Dzieci, które wcześniej miały problem z równym śpiewaniem nagle dają radę w kilka głosów
  • Pięcioletnia dziewczynka nauczyła się tekstu na jednej próbie i świetnie go wyśpiewała
  • Młody chuligan okazuje się, że świetnie rapuje
  • W ogóle wszyscy się lubią…
  • A i nagle jest sala na koncert – to czemu w niej nie można było mieć prób, tylko na sali gimnastycznej…? To akurat jestem w stanie wybaczyć, jeśli założymy, że taka sala została na ten koncert wynajęta. Mimo to brak tu trochę logiki :)

Chodzi mi tylko o to, że chór to ciężka praca. I te dzieci na pewno są zdolne, ale czemu pokazujemy, że coś da się osiągnąć w niecały tydzień, jeśli to zazwyczaj są tygodnie, o ile nie miesiące ciężkiej pracy. Fajnie by było czasem podkreślić, że coś wymaga wysiłku i determinacji, a nie że wszystko jest dostępne ot tak na zawołanie. Żeby osiągnąć cel trzeba cierpliwości i pracy. Żeby chór dobrze śpiewał, trzeba wręcz lat pracy – dyrygenta jak i zespołu. Szkoda, że to w tym filmie jest tak wręcz karykaturalnie przedstawione. Ciekawe ile naprawdę ten zespół przygotowywał się do występu. I jak mocno było to nagranie edytowane :)

A Wy co sądzicie? Uważacie, że może przesadzam?