Jak oszalałam i zostałam zawodowym fotografem

Obiecałam w poprzednim poście krótki przewodnik pod tytułem “czym może zajmować się akustyk” – dodajmy jeśli oczywiście chce i ma to szczęście, że może pracować w zawodzie. Ale jak to zwykle w moim przypadku bywa długość moich postów jest zazwyczaj odwrotnie proporcjonalna do ich wstępnie planowanej długości. Efekt jest taki, że ten mój planowany krótki przewodnik wciąż jest w fazie rozrostu… Dodatkowo powstaje on wśród niezmiernej ilości potu, krwi i łez. Innymi słowy po prostu potrzebuję jeszcze chwili, żeby go skończyć. A ponieważ już dzisiaj (czyt. wczoraj wieczorem) miałam wystarczającą jak na swój gust ilość potu, bo kolejny raz udało mi się (ledwo bo ledwo, ale się udało) przebrnąć przez total body workout Marty – tutaj chwila na Wasze oklaski – to zamiast przydługiego przewodnika podzielę się nowym Göteborgowym odkryciem!

Nawiasem mówiąc ten trening Marty jest super. Ja, urodzony kanapowiec, szczerze go polecam. To jak od zera do milionera. Już niedługo będę w stanie zrobić przynajmniej jedną pompkę!!! O ile oczywiście w wyniku tego, że pochwaliłam Wam się na blogu, że zaczęłam wiosennie dbać troszkę o kondycję, moja mobilizacja nie spadnie do minus miliona i nie przestanę ćwiczyć… Oby nie! Trzymajcie kciuki :)

Odkrycie jak to zwykle z odkryciami bywa było całkowicie przypadkowe. Aby stało się zadość słusznemu spostrzeżeniu mojego niezastąpionego przyjaciela Jana – który stwierdził, że on już nie może się doczekać tego przewodnika na temat tego co robi akustyk pomiędzy przerwami na kawę – odkrycie moje jest związane właśnie z przerwą na kawę. To znaczy przerwa była nie do końca planowana. Po prostu byłyśmy z nową koleżanką z pracy na test drive i miałam jej zaprezentować jakieś funkcje, które jak na złość nie chciały działać. Więc się troszkę sfrustrowałam. Zamiast tego zaproponowałam przerwę na fikę oraz wycieczkę krajoznawczą na Honö. To jest na taką wyspę, która jest częścią takiego mega fajnego archipelagu, na który się płynie super żółtymi promami. Pisałam o tym już tutaj. To znaczy ten archipelag jest bardzo fajny jak jest ładna pogoda, a pogoda była pod psem, ale nieważne bo my biedne, ciężko proacujące kobiety zrobiłyśmy sobie przerwę w najpiękniejszej kawiarnio-restauracjo-kwiaciarnio-sklep-galerii, jaką dotychczas widziałam w Göteborgu.

Dla niewtajemniczonych: ogólnie Szwedzi mają bardzo luźne podejście do porządków i do wystroju ogólnie, i to można dostrzec będąc na mieście w knajpie czy kawiarni. Nie rzadko można natknąć się na miejsca gdzie na podłodze brudno, plastikowe krzesła czy każdy stolik inny (i nie mówię tu o specjalnej stylizacji, a zwyczajnym “nie chce nam się starać aby tu było ładnie”)… I chociaż się to zmienia to jednak jak człowiek się natknie na taką perełkę to z podniecenia aż cyka tryliardy zdjęć, gdy kelnerka nie patrzy. Dodatkowo ponieważ z koleżanką byłyśmy tam w godzinach pracy, a nie jest to środek miasta tylko wyspy to byłyśmy jedyne w kawiarni. Idealnie! Miszczem fotografii to ja nie jestem, ale mam nadzieję, że jak zerkniecie na zdjęcia to chociaż troszkę zrozumiecie czym się tak podniecałam :) Albo nie zrozumiecie, bo przecież w każdym innym normalnym mieście na świecie można pójść do stylowej kawiarni od tak.

Chyba, żeby aż tak się podniecać to trzeba w Göteborgu pomieszkać co najmniej 2 lata, nawdychać się wszechobecnego lagom (proszę kliknąć) – które wbrew temu co modni ludzie nam mówią nie jest tylko i wyłącznie pozytywne, ale może też określać “tumiwisizm”, również jeśli chodzi o dekor… W każdym razie oceńcie sami!

Najpierw wchodzimy i robi nam się zielono na duszy w uroczej kwiaciarni:

Kawę wypijamy w stylowym wnętrzu z pięknym (jak również deszczowym i zamglonym, dlatego brak zdjęcia, bo nie wiem jak je podretuszować, żeby było ładne) widokiem na morze:

A nad kawiarnią – wystawa sklepowa! Ja w ogóle mam jakąś słabość do wielkich drewnianych stołów, przy których można usadzić co najmniej dwudziestoosobową rodzinę z przyjaciółmi (to chyba znak, że będę mieć duuuuużo dzieci). Stąd też ten piękny stół przykuł mój wzrok:

A dalej to już piękne biurka, lampy, lustra i dodatki. Oczywiście pewnie nie muszę wspominać, że ceny też piękne :) Ale jeszcze tam wrócę jak już zarobię milion koron!

A na koniec smaczek. Oszalałam również w toalecie i nie mogłam się powstrzymać, by jej nie uwiecznić. Ja chcę taką umywalkę:

Jak Wam się podoba? Od dzisiaj możecie mnie nazywać Ola-Dekoratorka-I-Fotograf-Wnętrz! Odkrywam w sobie nową, jeszcze bardziej artystyczną duszę! Także nie zdziwcie się, jeśli pojawiać się będzie takich wpisów więcej. Aha… O ile znajdę jeszcze jakieś godne uwiecznienia miejsca.

A tak nawiasem mówiąc to przejeżdżałam obok tej kawiarni chyba z każdą osobą, która mnie odwiedzała i z którą byliśmy na archipelagu. Nie wiem jak to możliwe, że zawsze jechałam w tamtym kierunku, szukając kawiarni i nigdy, naprawdę nigdy się nie zatrzymałam w tym uroczym miejscu. Kawiarnia nazywa się Lilling Cottage i według pana google jest kwiaciarnią. Tutaj ich strona, na której mają kilka jeszcze bardziej profesjonalnych zdjęć: Lilling Cottage.