Wielkanocne tradycje

Zacznę od tego, że niestety pora lunchowa w Szwecji to rzecz wręcz święta. Podobnie jak fika. Lunch także należy celebrować. Jest to rzecz obowiązkowa. Przynosi się albo swój lunchbox, który podgrzewa się na uczelni lub w pracy w mikrofali, stojąc w gigantycznych kolejkach lub też idzie się na stołówkę, gdzie również stoi się w gigantycznych kolejkach. Dlaczego? A dlatego, że pora lunchu to nie tak jak u nas – dosyć luźnie rozumiana przerwa obiadowa jakoś pomiędzy 12:00 a 15:00 (poprawcie mnie, jeśli się mylę) – ale praktycznie jedna ustalona godzina (funkcjonuje tu jakaś niepisana umowa) podczas której cały dział, grupa, właściwie cała firma się stołuje.

Przykładowo mój dział zaczyna lunch o 11:00, a inne działy plasują się na swoich kolejkowych pozycjach do mikrofali lub kasy stołówkowej jakoś pomiędzy 11:00 a 11:30. W ogóle to ciągle mam duże problemy by się przyzwyczaić do tak wczesnej pory. Ale trzeba! Jeśli ktoś nie dołącza do żadnej grupy szybko staje się towarzyskim wyrzutkiem. To podczas lunchu można usłyszeć najświeższe ploteczki. Można poobgadywać menadżerów siedzących przy sąsiednim stole. Można również po prostu wziąć udział w mniej interesujących small talkach np. na temat pogody, planów na weekend / wakacje, a czasem bardziej interesujących small talkach. Przykładowo na temat tego jak należy uciekać przed łosiem w Szwecji, jak należy uciekać przed niedźwiedziem w Kanadzie lub o wytresowanym niedźwiedziu Wojtku bardzo znanym w Iranie podczas II Wojny Światowej (jak ktoś słyszy o Wojtku pierwszy raz – tak jak ja ostatnio – to polecam ciekawe czytanko).

W ogóle te tematy niedźwiedziowe to poruszane są zawsze przez Irańczyków… W sumie nie wiem dlaczego. No ale każdy ma swoje ulubione tematy. Na przykład nasz włoski gaduła Vittorio jak nie mówi o pizzy to o mafii. A jak nie o mafii to o pizzy. Pochodzi z Neapolu, więc to chyba całkiem zrozumiałe. Mimo to czasem jednak denerwujące, gdy po raz setny roztrząsamy sprawę pochodzenia mafii lub sekretny składnik do ciasta na pizzę.

Napisałam, że pora lunchowa jest niestety wręcz święta z tego prostego powodu, że ja zdecydowanie nie lubię jak ktoś mnie przymusza do jedzenia o konkretnych porach i to jeszcze w dodatku z osobami, z którymi nie zawsze mam o czym gadać… No ale cóż integrować się trzeba! Dla Szwedów jest to bardzo ważne. Integracja, integracja i jeszcze raz integracja. Na uczelni mi się obrywało, bo nie byłam przyzwyczajona do tego by robić sobie lunchboxy. Czasami też nie widziałam w tym sensu – zwłaszcza jeśli miałam zajęcia do 12:00 to wolałam wrócić do domu i coś sobie ugotować zamiast zostawać na uczelni by zjeść z wszystkimi lunch… Błąd! Należy się integrować! Jeszcze większy błąd to zamiast porządnego lunchboxa przynieść kanapkę lub jabłko. Na uczelni byłam oficjalnie znana jako anorektyczka, jedząca tylko jabłka. Nie wiem jak ludzie na to wpadli, bo jednocześnie byłam (i jestem) znana z tego, że jak ktoś mnie odwiedza to na pewno nie wyjdzie do domu głodny. Ba! Powiedziałabym wręcz, że jak ktoś mnie odwiedza to może wyjść do domu nieźle napakowany. Oczywiście jeśli nie ma dobrej samokontroli. Tak już mam. Duża rodzina, dobre nawyki i wrodzona nadgościnność… To chyba główne powody ciągłego przejedzenia moich gości :)

A wracając do tego nieszczęsnego niestety to znów mi się oberwało w tym tygodniu! Wymyśliłam sobie dietę warzywno-owocową. Tak trochę wiosennie, żeby się trochę zregenerować, odpuścić słodycze, mięso i inne. Niestety takie drastyczne metody nie spotykają się z dużym zrozumieniem ze strony Szwedów. Najdelikatniejsze reakcje na widok mojego jabłka jedzonego podczas lunchu (nie, nie jest to mój jedyny posiłek w ciągu dnia jak oni zapewne myślą) to wytrzeszczone gały i pytanie “ale po co ci dieta?” – najbardziej ekstremalna to reakcje Fredrika. Fredrik mi oznajmił, że jeszcze raz zobaczymy mnie z samymi warzywami na lunchu to zadzwoni do mojej mamy. Ma zamiar znaleźć do niej numer telefonu na polskiej wersji hitta.se (coś jak olbrzymia książka telefoniczna, w której można znaleźć mnóstwo informacji na temat innych co jest dosyć straszne – pisałam już na ten temat tutaj). Próbowałam mu wyjaśnić, że w Polsce nie ma czegoś takiego. Był w szoku. Stwierdził, że i tak spróbuje znaleźć jej numer telefonu. Także mamuś nie zdziw się jak ktoś do Ciebie zadzwoni i będzie próbował dogadać się po angielsku, szwedzku lub językiem migowym… Swoją drogą. Według Fredrika masz na imię Ananas. Nie mógł zrozumieć, że Anna to praktycznie to samo co Ana tylko z podwójnym “n”. Zostało Ananas. Wybacz :)

Dodatkowym niestety w tym tygodniu okazał się fakt, że mamy stilla veckan czyli Wilelki Tydzień, a dosłownie “spokojny” lub “cichy”. A to znaczy, że pomysł robienia sobie diety w tym tygodniu był jednym z głupszych w tym roku. Jeśli nie w całym moim szczęśliwym życiu! I tym sposobem w końcu dobrnęłam do tematu wpisu. Mianowicie:

wielkanocnych tradycji szwedzkich

Na pierwszy rzut lecą dwie właściwie nie tradycje, a zwyczaje. Takie, o których kompletnie nie pomyślałam jak sobie określałam termin diety… A które wystawiły na ogromną próbę moją silną wolę (jak ktoś chce się uśmiać jeszcze bardziej niż na moim blogu to niech poczyta o samokontroli Janiny). Czyli inaczej zwyczaje stricte jedzeniowe!

Påskägg

Dosłownie jajo wielkanocne, czyli nasza pisanka. Problem polega na tym, że nie zawsze jest to zwykłe jajko. Może to też być olbrzymie papierowe, kolorowe jajko z godis w środku. Czyli pełne słodyczy, cukierków, żelek i pysznych czekoladek. Takie najbardziej wypasione påskägg są naprawdę piękne. Ręcznie malowane i zawierają naprawdę dobre czekoladki. Nie rzadko szwajcarskie… Jak przykładowo te, na których widok się wczoraj oblizywałam przez pół dnia… Kolejne pół dnia śliniłam się do Dumli, Daimów czy Reese… To był naprawdę ciężki dzień w pracy…

Smörgåsbord

Kolejną moją bolączką był w tym tygodniu smörgåsbord. A to dlatego, że tradycyjny wielkanocny lunch polega właśnie na wystawieniu “szwedzkiego stołu”. Smörgåsbord to dosłownie “kanapkowy stół”, ale tak naprawdę niewiele ma on wspólnego z kanapkami. Nie dziwi mnie też kompletnie fakt czemu po polsku nazywamy go “szwedzkim stołem”. Przy każdej możliwej okazji (nie tylko podczas Wielkanocy czy Bożego Narodzenia) świętuje się właśnie podczas olbrzymich posiłków, gdzie każdy może sobie wziąć nieskończoną ilość dokładek. Ale właściwie czego…? Wszelkiego rodzaju śledzi, łososia i innych ryb. Do tego nie może zabraknąć mięsa – czyli małych typowych kiełbasek, szynki i oczywiście  köttbullar (klopsików). Na Wielkanoc mamy na stole też mnóstwo jajek, ale także ziemniaków – jako że ziemniak to danie narodowe nie tylko Polaków.

Do koloru pojawiają się też warzywa i owoce, ale ogólnie świąteczny stół nie jest zbyt zdrowy i naprawdę jest tam najwięcej majonezu, ziemniaków, mięsa i ryb. Właśnie w tej kolejności. Nie może też zabraknąć Janssons frestelse. Jest to teoretycznie potrawa bożonarodzeniowa, ale na wielkanocnym stole też można ją znaleźć. Zawiera ziemniaki, mnóstwo śmietany, cebulę i anchois. Szwedzi ją uwielbiają. Jeśli wiecie jaki jest mój stosunek do anchois to pewnie domyślacie się jakie też jest moje nastawienie do tej jakże wspaniałej potrawy… W profesjonalnym wykonaniu wygląda to mniej więcej tak:

W mniej profesjonalnym wykonaniu wygląda też mniej zachęcająco…

Moja niechęć do Janssons frestelse nie zmienia faktu, że ten tydzień był dla mnie dosyć trudny właśnie z powodu smörgåsbord – ktoś tam na tych naszych stołówkach sieciowych na pewno mnie nie lubi. Ten ktoś obczaił, że akurat wymyślę sobie zrobienie krótkiej diety pierwszy raz od 10 lat i akurat w związku z tym (a także może w związku z nadchodzącymi świętami) codziennie mieliśmy na stołówce wspaniały szwedzki stół z samymi pysznościami! A lunch jak wspomniałam we wstępie obowiązkowy w towarzystwie kolegów i koleżanek z pracy, którzy bardzo się cieszyli, że mają tyle pysznego jedzenia. Ja trochę mniej się cieszyłam ich szczęściem. Ach ta zawiść :)

Wielki Piątek

Na szczęście moje męczarnie i wystawianie mojej marnej samokontroli na ciągłą próbę dobiegły już końca. Gdyż Szwecja jest cudowna i już dzisiaj mamy wolne! Ha ha ha!

Co ciekawe to fakt, że tradycyjnie już środa (tredjedag = “trzeci dzień”) i czwartek (“fjärdedag” = “czwarty dzień”) były w Szwecji dniami wolnymi od pracy. Historycznie już w środę zabraniano jakiejkolwiek niekoniecznej pracy. Jednak zmieniło się to w 1772 roku kiedy rząd na czele z królem Gustawem III zdecydował, że kraj za wiele kosztuje tyle dni wolnych i biednych ludzi zagoniono do pracy.

Inną ciekawostką jest fakt, że w czasach gdy Szwecja była jeszcze bardzo religijna w Wielki Piątek obowiązywał w całym kraju ścisły post. Wiązało się to również z ograniczeniem rozrywek. Wszystko było pozamykane, dzieci nawet miały zakaz głośnego bawienia się i przez cały dzień chodziły odświętnie ubrane. Dzisiaj i tak większość miejsc będzie pozamykana, ale nie dlatego, że Szwedzi poszczą, ale dlatego że mają dzień wolny. A jak wszyscy mają dzień wolny to wszyscy! Ciężko powiedzieć czy 20 lat temu Szwecja była jeszcze religijna. Nie sądzę. Mimo to Fredrik  i Fredrik wspominali wczoraj, że Wielki Piątek był zawsze najdłuższym i najnudniejszym dniem ich dzieciństwa. Nie mieli nic do roboty, wszystko pozamykane, a w telewizji leciało coś na kształt naszego:

Mimo takich korzeni współczesny Szwed traktuje jednak ten dzień po prostu jako okazję do odpoczynku, spędzenia czasu ze znajomymi i rodziną lub jako okazję do wyrwania się gdzieś na dłuższy weekend.

Wielkanocne czarownice

Wczoraj natomiast, w Wielki Czwartek, mogliśmy natknąć się w Szwecji na czarownice (påskkärringa)! Dzieciaki przebierają się za czarownice i chodzą po domach życząc udanych świąt oraz zostawiając przygotowane kolorowe kartki świąteczne. Dostają za to słodycze. Obowiązkowymi atrybutami takich czarownic są olbrzymie rumieńce i piega, a także czajniczek na kawę, miotła i czarny kot. Podobno tradycja ta wywodzi się z XVII wieku kiedy urządzano polowania na czarownice, których cechami szczególnymi było właśnie picie kawy (wtedy jeszcze ogólnie niedostępnej w Szwecji), latanie na miotle, kot oraz oczywiście umiejętność pływania…

Ale dlaczego właściwie czarownice są powiązane z  Wielkanocą? Natalia pisze na Szwecjoblogu, że według jeszcze wcześniejszych wierzeń w Wielki Czwartek wiedźmy wyruszały na sabat na górę Blåkulla – klik.

Ozdoby

W porządnym szwedzkim domu nie może oczywiście zabraknąć uroczych ozdóbek. Najbardziej popularne są wazony z gałązkami na których porozwieszane są kolorowe piórka oraz malowane przepiórcze lub kurze jaja. Wygląda to całkiem ładnie (jeśli jest zrobione ze smakiem). Poniżej udało mi się znaleźć jaja z akcentem muzycznym:

Poza tym, że tradycja ta pochodzi z XVIII wieku i była związana z ozdabianiem drzew na pamiątkę śmierci Jezusa na krzyżu to jednocześnie tego typu dekoracje są według mnie kwintesencją Szwecji. Ten naród uwielbia zawalać swoje mieszkania wszelkiego rodzaju plastkowymi / drewnianymi / szklanymi / metalowymi pamiątkami i ozdobami gromadzonymi z wszelkich możliwych okazji. Nawet sobie nie wyobrażacie jak ciężko jest sprzątać takie pełne badziewi mieszkanie! Pewnie dlatego Szwedzi w ogóle nie sprzątają… Ja to jednak tutaj nie pasuję, bo jestem zdecydowanie zbyt często sprzątającą minimalistką jak na średnią szwedzką.

Jak Wam się podoba mój mały zestaw tradycji szwedzko-wielkanocnych? Może znacie jeszcze jakieś ciekawe zwyczaje również z innych krajów?