W drodze: Norge – dzień 1

Ostatnio udało mi się zupełnie nie po szwedzku być spontaniczną. W czwartek 27. kwietnia najpopularniejszym pytaniem podczas small talków w pracy było “jakie są twoje plany na weekend majowy?”. Zauważcie dziwną zbieżność – 26. kwietnia napisałam ostatniego posta, a później byłam wyjęta z życia, właśnie ze względu na ten majowy weekend. Nie, żeby weekend majowy trwał w Szwecji 10 dni. Co to to nie. Wakacje i może obowiązkowo trwają 4 tygodnie (zwykle tydzień 29 do 32), ale w maju tylko 1.05 jest wolny, więc wielce zazdrościłam wszystkim szczęśliwcom leniącym się w Polsce aż do 3.05. No może nie zazdrościłam tym, którzy już sikali po nogach przed maturą… Ale pierwsze koty za płoty. Teraz już po polskim i matmie, więc z górki! Trzymam kciuki i powodzenia dla zdających.

A wracając do tematu spontaniczności i small talków to w odpowiedzi na pytanie co robię w weekend majowy odpowiadałam mniej więcej tak:

– Eeee… Jeszcze nie wiem. Pewnie będę się chillować w domu. Lub ewentualnie wyskoczę do Bergen samochodem.

Jak coś to jest to około 800 km drogi, więc nie dziwcie się, że odpowiedzią na takie wyznania było lekkie pukanie się w czoło i stwierdzenie, że aha jaaaasne… Nie, żeby 800 km było nie do przejechania. Przecież luzik. Sami wiecie. Raczej bardziej chodziło o to, że mówiłam w czwartek, że wyjadę w piątek wieczorem (o ile wyjadę), ale w sumie to jeszcze nic nie zaplanowane, nic nie zabookowane, ani nie spakowane… A to dla Szwedów jest niezrozumiałe. Dlaczego? Jeśli nie wiecie to zaglądnijcie do wpisu o tym czego mi brakuje w Szwecji pod punkt dotyczący spontaniczności – niestety Szwedzi nie za bardzo potrafią być spontaniczni. Chyba wiąże się to z ich powściągliwością i kontrolowaniem odruchowych czy impulsywnych działań. Wolą planować – co oczywiście ma swoje plusy, ale czasem jest całkiem zabawne i ekstremalne. Przykładowo koleżanka Lilly stwierdziła wczoraj, że nie wpadnie do mnie na grilla urodzinowego w przyszłą sobotę (czujcie się zaproszeni), bo 2 miesiące temu umówiła się ze znajomymi na robienie pizzy :P

Tak więc w piątek 28.04 stwierdziliśmy z Krzyśkiem, że jedziemy do Bergen! W ciągu dnia zabookował dwa noclegi pod Olso i pod Bergen, i wieczorem ruszyliśmy. Oczywiście nie zapomnieliśmy sprawdzić pogody w Norwegii – jako, że celem było zobaczenie fiordów, a przecież Bergen jest uznawane za najbardziej deszczowe miasto świata, a przynajmniej Europy. Tutaj można przeczytać, że w Bergen spada tam 5 razy więcej wody niż w Polsce i zdarza się, że deszcz pada bez przerwy przez 2 miesiące. Bez przerwy. Od naocznego świadka usłyszałam, że człowiekowi wręcz wydaje się, że jest opuchnięty od wody… A w deszczu nawet fiordy mogą wyglądać jak zmokłe kury. Ale wszelkie pogodowe źródła twierdziły, że podczas weekendu majowego będzie słonecznie! Radość! Decyzja podjęta. Ruszamy.

Oslo – Bergen przez E16

Do Oslo dotarliśmy koło północy w deszczu i z nikłymi nadziejami na poprawę pogody, ale następnego dnia na trasie do Bergen były już tylko takie widoki:

Które wkrótce ku naszemu zaskoczeniu (gdyż już mentalnie żyliśmy w wiośnie i wczesnym lecie) zmieniła się w troszkę bardziej śniegową…

Lærdalstunellen

Zachęceni przez mega przydatnego Norwegofila wybraliśmy z Oslo do Bergen właśnie trasę E16 do Lærdal, żeby przejechać tunelem Lærdalstunellen, który ma 24,5 km a przede wszystkim aby spróbować sforsować samochodem trasę Snøvegen, o której czytaliśmy tutaj – klik. Liczyliśmy na to, że uda nam się zamiast jechać tunelem to z Lærdal do  Aurland przejechać właśnie Snøvegen. Drogą śnieżną. Co prawda bałam się trochę stromego zjazdu o kącie nachylenia ponad 20°, ale… Kto nie ryzykuje ten nie wygrywa…

Niestety spotkał nas zawód gdyż po dotarciu do Lærdal okazało się, że Snøvegen jest zamknięta. Skoro cel nr 1 okazał się nieosiągalny, uznaliśmy że czas na cel nr 2 – czyli najdłuższy tunel Norwegii:

Szczerze mówiąc nie wiem o co tyle szumu w związku z tym tunelem. Ogólnie chodzi o to, że jest wyjątkowy bo przez jakiś czas był najdłuższym tunelem w Europie (budowę zakończono w 2000 roku). Dodatkowo jazda nim zajmuje średnio 15 minut – zakładając jazdę zgodną z przepisami. A my zgodnie z przepisami jeździliśmy, bo się naczytaliśmy w internetach, że w Norwegii tak trzeba. Chociaż tak naprawdę wyglądało to tak jakbyśmy tylko my się naczytali w tych internetach o wysokich mandatach. W każdym razie jako, że ten tunel jest bardzo długi to wyrzeźbiono w nim sale, w których można na chwilę stanąć i podziwiać eee… widoki. Sale nie do końca przypominają sale. Ogólnie są to fragmenty tunelu, gdzie jest on trochę szerszy i ściany są ładniej podświetlone. Tak jak na zdjęciu.

Muszę przyznać, że od tego momentu staraliśmy się w dalszej podróży unikać długich tuneli. To był must see, ale reszta tuneli jest po prostu nudna… Na pewno skracają podróż i czynią ją wygodniejszą i bezpieczniejszą. Jednak w naszym przypadku główną ideą było zobaczyć jak najwięcej zatykających dech w piersiach norweskich krajobrazów. A ponieważ było wyjątkowo (jak już wspomniałam z 10 razy) słonecznie (jak na miejsce gdzie deszcz pada ponoć 320 dni w roku) to staraliśmy się z tego korzystać.

Snøvegen i Aurlandsfjorden

Mimo, że pierwsze nasze podejście (a raczej podjazd) na Snøvegen od strony Lærdal było nieudane spróbowaliśmy się dostać na górę z drugiej strony – teoretycznie od strony zjazdowej. Snøvegen była otwarta od strony Aurland i można było nią wjechać baaaaaardo krętą drogą do punktu widokowego Stegastein:

Skąd rozciągał się wspaniały widok na Aurlandsfjorden oraz góry w okolicy:

A dlaczego Snøvegen była zamknięta? Cóż jak pojechaliśmy jeszcze trochę w górę stało się jasne dlaczego. Wygląda na to, że nie jest ona w tym momencie aż tak używana jak kiedyś. Zwłaszcza w okresie wczesnowiosennym. Przyczyna? Mnóstwo śniegu:

W celu zaprezentowania Wam jak wysoki był poziom dźwięku śniegu prezentuje Wam człowieka jako punkt odniesienia:

I chociaż z opisów trasy jeszcze sprzed 2 lat wynika, że Snøvegen była przejezdna przez cały rok wygląda na to, że teraz już nie jest. Na bardzo przydatnej oficjalnej stronie turystyki w Norwegii (na którą natknęłam się już po powrocie do Szwecji) jest napisane, że zamknięto ją ze względu na wysoki poziom śniegu (a to niespodzianka). W którymś momencie chyba po prostu zarzucono odśnieżanie:

A w trasę i owszem można się wybrać. Pieszo. Najlepiej z rakami.

Na Bergen

Po takich wrażeniach ruszyliśmy już w kierunku Bergen na nocleg, przejeżdżając jeszcze obok Nærøyfjord – uznawanego za jednego z najbardziej majestatycznych fiordów Norwegii. Przynajmniej według kolejnego super tekstu Norwegofila – klik. I chociaż szkoda mi było, że odpuściliśmy trasę przez północne wybrzeże największego fiordu świata Sognefjord to wspaniałe widoki na drodze do Bergen trochę złagodziły mój ból. Cóż… Trzeba coś zostawić na następny raz… Kąpiel w tym miejscu też zostawiłam sobie na wakcacje następny raz.

Zanim pozazdrościcie nam wyprawy do Bergen to radzę sprawdzić loty i może wybrać się samemu :) Z tego co wiem istnieje bardzo fajne połączenie Kraków – Bergen Norwegianem. A z Katowic czy Warszawy Wizzairem. Z tego miejsca też pozdrawiam Artura i polecam nocleg pod Bergen w Os – “The Quiet Place” :D Z okien pokoju widać lodowiec Folgefonna!

A Wy co robiliście w weekend majowy? Podróżowaliście czy odpoczywaliście w domu? Tosia – Ty wiem, że zakuwałaś do matmy jeszcze…