W drodze: Norge – dzień 2

Jak wspomniałam w opisie dnia pierwszego (nie stworzenia, ale naszego wypadu do Norwegii) z całym tym wyjazdem to byliśmy bardzo spontaniczni. A to wiązało się z raczej mocno ogólnym planem działania i postanowieniem, że jak będziemy na noclegu to się obczai przy wifi co robimy kolejnego dnia. Jeśli mnie znacie to wiece, że wolę mieć zaplanowane :)  No ale czego się nie robi, aby zaprzeczyć stereotypom! My tu w Szwecji też potrafimy być spontaniczni (wbrew temu co sama wypisywałam o tym, że brakuje mi tu spontaniczności)! Wierzcie mi po całym dniu jazdy samochodem i emocjonujących widoków człowiek niewiele ma siły, żeby jeszcze siedzieć przed kompem. W związku z czym skorzystaliśmy częściowo z sugestii naszego gospodarza i drugiego dnia wybraliśmy się do Park Narodowy Folgefonna, aby trochę mniej jeździć, a więcej pochodzić…

Bergen

Ale najpierw wybraliśmy się do Bergen bo co to by była za podróż do Bergen bez chociaż krótkiego spaceru przez Bryggen?! W efekcie przespacerowaliśmy się wzdłuż drewnianych zabudowań Bryggen i zaglądnęliśmy na Bergenhus Festning:

Następnie podumaliśmy chwilę pod  kolejką Fløibanen, zastanawiając się czy zmieniać kolejny raz i tak już nasze  pokraczne plany i wyjechać na szczyt, aby popatrzeć na słoneczne Bergen z góry. Stwierdziliśmy jednak, że zrobimy to w wakacje bliżej nieokreślonej przyszłości, gdy przyjedziemy tu znowu. Ja zresztą nie miałam wielkiej potrzeby by wyjeżdżać na górę, bo już raz Michalina i ja pod przewodnictwem Oli zdobyłyśmy kilka (dwa, trzy, pięć… sama już nie wiem) ze szczytów otaczających Bergen siedmiu wzgórz. Pamiętam, że ledwo się taszczyłam pod pierwszą górę, a co po niektórzy mieszkańcy Bergen uprawiali sobie jogging…

Jeśli będziecie mieć dłuższą chwilę w Bergen to znów polecam zaglądnąć na niezawodnego Norwegofila <3

Holmefjord – Hardangerfjorden – Furebergfossen

My nie mieliśmy chwili. Mieliśmy za to plan by z Bergen ruszyć wzdłuż malowniczego Holmefjord do Gjerdmundshamn, gdzie roztacza się widok na jednen z bardziej znanych fiordów norweskich: Hardangerfjorden. Z Gjerdmundshamn popłynęliśmy promem do Årsnes (20 minut, 180 NOK za dwie osoby z samochodem):

Naszym celem było Sundal, gdzie zaplanowaliśmy zostawić samochód i ruszyć pieszo wgłąb Parku Narodowego Folgefonna – po to by dotrzeć pod jęzor lodowca o takiej samej nazwie (tzn. o nazwie Folgefonna, a nie Park Narodowy Folgefonna). Po drodze natrafiliśmy na “pastwisko” łososi z majestatycznym Hardangerfjorden w tle:

Obowiązkowym przystankiem był też piękny wodospad Furebergfossen, który znajduje się przy samej drodze 551 pomiędzy Årsnes i Sundal, i pojawia się niespodziewanie przed oczami niczego się nie spodziewających podróżnych zaraz po wynurzeniu się z  tunelu o “tajemniczej” nazwie Furebergtunnelen. Wodospad ten ma około 150 metrów wysokości, chociaż widoczne z dołu jest około 100 metrów. Furebergfossen jest ujściem rzeki Furebergselva, która jest zasilana topniejącą wodą ze wspomnianego już lodowca.

Nasz cel – Folgefonna

Na ten dzień naszym głównym celem był właśnie on. Lodowiec. Folgefonna to złożenie dwóch członów: folge oznacza warstwę cienkiego lodu, a fonna  – olbrzymią masę śniegu. Hmmm… Też zastanawiacie się skąd wzięła się taka dziwna nazwa? Folgefonna jest trzecim co do wielkości lodowcem Norwegii. Jego powierzchnia wynosi 207 km² – a przynajmniej tyle wynosiła w roku 2006. Jeśli wierzyć ekologom, to powierzchnia ta prawdopodobnie od tego czasu trochę zmalała.

Plan zwiedzania był taki, że podjeżdżamy na skraj Parku Narodowego, zostawiamy samochód i idziemy 2 – 4 godzinną trasą przez malowniczą dolinę Bondhusdalen pod sam jęzor lodowca. Trasa opisana jest tutaj – klik. Problem z nią polegał na tym, że zgodnie z mapką doprowadziła nas do jeziora Bondhusvatnet, a po jego okrążeniu mieliśmy niby dotrzeć do jakiegoś punktu widokowego, ale… Dotarliśmy tylko do jakiegoś bliżej nieokreślonego punktu (o którym zdecydowanie błędnie myśleliśmy, że to punkt widokowy) pod samym lodowcem, z którego to punktu tegoż lodowca nie było widać… Mówię pod, bo ogólnie staliśmy pod bardzo stromą skalną ścianą, na którą żadne z nas nie zamierzało się wspinać, a lodowiec był ukryty za granią…

Bo ogólnie problem z Folgefonną był taki, że było go bardzo dobrze widać z daleka – jeszcze jadąc samochodem na skraj Parku Narodowego (jest tam pomiędzy łączącymi się na zdjęciu dwoma pasmami górskimi):

Po to by w miarę zbliżania się do niego było go widać coraz mniej  (teraz już uwierzcie mi na słowo, że jego jęzor tam jest w zagłębieniu pomiędzy dwoma górami):

Najlepiej chyba udało mi się uchwycić go tutaj, ale muszę przyznać, że jest niewdzięcznym modelem:

Kilka ciekawostek na temat lodowca:

  • Mimo, że należy on do Parku Narodowego Folgefonna to w północnej części lodowca znajduje się otwarty przez cały rok (również w wakacje) ośrodek narciarski Fonna Glacier Ski Resort. Stok znajduje się na wysokości 1450 metrów, ma długość 1100 metrów i spadek 250 metrów.
  • Park Narodowy powstał w 2005 roku i jest 25. na norweskiej liście.
  • W najgrubszym miejscu lodowiec ma około 400 metrów.
  • W najwyższym punkcie lodowca rocznie notuje się opady (a jednocześnie przyrost) rzędu 5500 mm = czyli, o ile się nie mylę, 5,5 metra!
  • Objętość śniegu to 30 km3, czyli z grubsza 2 miliardy ciężarówek (2000000000 – tyle to ma zer)!
  • Pod lodowcem można przejechać. W 2001 roku otwarto tunel o długości 11 km łączący gminy Odda oraz Kvinnherad – koszt przejazdu to 65 NOK.
  • Najniższy punkt lodowca znajduje się na wysokości 400 m n.p.m. czyli dosyć nisko – że też nie topnieje taka masa śniegu…
  • Lodowiec Folgefonna nie pochodzi z okres żadnej epoki lodowcowej. Jest młodszy. Po ostatnim zlodowaceniu śnieg szybko się wycofał i stopniał. Folgefonna powstał dopiero 5000 lat temu, kiedy to obniżyła się temperatura i nastąpiły wysokie opady tworząc północną część Nordre Folgefonna. Pozostałe części lodowca powstały niedługo później.

W związku z tym nie wiem naprawdę po co tak leźliśmy pod ten lodowiec (skoro i tak go z “punktu widokowego” nie było widać), a później szukaliśmy wody, która na pewno wypływa z lodowca… Krzysiek twierdził, że taka woda jest niesamowicie zdrowa i ma jakieś składniki, które istnieją w niej od milionów lat. Pomyłka… Tylko od 5000 lat! Anyway – dla mnie ta woda była przede wszystkim lodowata! Ale grzecznie się napiłam, zamroziłam sobie policzki od wewnątrz, a nawet napełniłam butelkę. Będę żyć wiecznie! Natomiast co do Krzyśka to na pewno jego stopy przetrwają wiecznie bo nieźle się zmoczył (to również nie było za bardzo zaplanowane):

Jeśli ktoś chciałby się zainspirować kiedyś naszą trasą od Bergen do Oddy (z zahaczaniem o Park Narodowy Folgofenna) to tutaj jest mapka.

Szwedzki nocleg w aucie

Po takich wrażeniach ruszyliśmy w kierunku Szwecji. Trasą 134. Teraz po googlowaniu i sprawdzaniu tras (rychło w czas), wiem że warto obrać z Oddy trasę 7 i przejechać przez skraj innego parku narodowego. Hardangervidda. Pięknie tam! Ale cóż – leci na listę “to see” następnym razem :) Byliśmy już po wycieczkach pieszych tak dotlenieni i zmęczeni atrakcjami, że po prostu pojechaliśmy na azymut na Szwecję – czytaj tak jak wskazała nawigacja. Czyli zamiast najładniej to po prostu najszybciej.

Z ciekawostek to jeszcze się muszę Wam przyznać, że sprytnie wymyśliliśmy, że będziemy jechać z powrotem tak długo jak będziemy mieć siłę, a później po prostu się zatrzymamy i zrobimy nocleg w samochodzie. Czyli po szwedzku. Nie wiem czy wiecie, ale Szwedzi uwielbiają duże samochody głównie dlatego, że można w nich zmieścić całą rodzinę, a przy tym duże auto może być doskonałym “namiotem” podczas wycieczki. Wielu moich znajomych chwaliło się, że co roku wyruszają na eskapady w nieznane i nocują właśnie pod gwiazdami w samochodzie. I nie mówię o spaniu na siedząco. Szwedzi inwestują zazwyczaj w SUVa czy karawan, bo śpi się w części bagażowej przy złożonych tylnych siedzeniach. Człowiek o 180 cm wysokości mieści się tam – w zależności od modelu samochodu – w całości lub w prawie całości. To znaczy paluszki musi mieć lekko podkurczone w tym drugim przypadku, ale nie bądźmy malkontentami…

Chcieliśmy sprawdzić jak to jest. Mój wniosek? Polecam cieplejsze miesiące. Gwiazdy i owszem były widoczne przez szyberdach, ale nie zwróciłam na nie większej uwagi zamarzając w nocy w -3°C. Przed spaniem nagrzaliśmy samochód, ale o 3:00 nad ranem obudziliśmy się jednocześnie, jak na komendę, szczękając zębami. Krzysiek włączył na chwilę silnik, aby nagrzać samochód i… zasnęliśmy! Godzinę później obudziłam się w saunie, zerwałam się i bliska paniki wyłączyłam silnik. Cóż. Nie był to najbardziej ekologiczny czyn roku z naszej strony, więc do pełnej szwedzkości jeszcze trochę nam brakuje.

A tak w ogóle to jak Wam się podobają takie bardziej podróżnicze wpisy? Macie ochotę poczytać jeszcze o pamiątkach z epoki brązu, na które trafiliśmy w drodze powrotnej do Göteborga? Czy już mam nie przynudzać?