Znowu Kanelbullens Dag – czyli co u mnie?

Dzień dobry, cześć i czołem! Nie wierzę, że tak długo się nie odzywałam… Wiem, że bardzo za mną wszyscy tęskniliście, ale dużo się u mnie działo i zmieniało, i niestety blog poszedł w odstawkę. I mimo, że często myślałam o Was, moi biedni stęsknieni czytelnicy, to jednak siły brakowało, aby podjąć się pisania. Efekt jest taki, że pomysłów na posty w mojej głowie jest milion. Czyli co najmniej milion razy więcej niż wolnych chwil na spisanie tych postów przy użyciu w miarę przyzwoitego polskiego… Ale powoli do przodu i mam nadzieję, że kolejne tematy z mojej listy będą się pojawiać na blogu. Lub z tej mojej listy wypadać, jeśli jednak uznam, że nie będą dla Was wystarczająco ciekawe! Milion pomysłów to chyba wystarczający powód, żeby w końcu kopnąć się w tyłek i coś napisać.

Kanelbullens Dag

Dodatkowym powodem jest fakt, że dzisiaj mamy 4. października, czyli Kanelbullens Dag. Dokładnie rok temu pisałam tego oto posta – KLIK. Nie mogę uwierzyć w to, że minął już rok od tego czasu. A jednocześnie tyle się działo, że wydaje mi się, że upłynęło tego czasu dużo więcej.

Tak na marginesie percepcja czasu to bardzo ciekawy temat. Polecam krótki i przystępny artykuł na ten temat. W wielkim skrócie: autor tekstu przytacza badania Eaglemana (super gość), który twierdzi, że im bardziej musimy się skupiać podczas wykonywania jakichś czynności tym bardziej dany moment się wydłuża. Natomiast skraca się, gdy coś nie wymaga naszej uwagi. Jednocześnie, im więcej mamy do zrobienia i im więcej się wokół nas dzieje tym szybciej mija nam czas, bo nie potrafimy się skupić na jednej czynności. Kilka ciekawych cytatów z Eaglemana:

The more detailed the memory, the longer the moment seems to last. “This explains why we think that time speeds up when we grow older,” Eagleman said—why childhood summers seem to go on forever, while old age slips by while we’re dozing. The more familiar the world becomes, the less information your brain writes down, and the more quickly time seems to pass.

“Time is this rubbery thing,” Eagleman said. “It stretches out when you really turn your brain resources on, and when you say, ‘Oh, I got this, everything is as expected,’ it shrinks up.”

Koniec marginesu o czasie. Wracam do głównego tematu. To jest do kanelbulle. Szwedzi są niesamowici! 4. października – czyli za oknem szaro, buro i ponuro. Przy tym deszczowo i super wietrznie. Jak już się wyjedzie na pole/dwór to wiatr zawsze biednemu w oczy. Chandra czyha na każdym rogu. Jaki jest najlepszy sposób na chandrę?

Według Szwedów prosty – pyszna drożdżówka z cynamonem. Jeśli jeszcze nie zjedliście dzisiaj żadnej to koniecznie się poprawcie. To znaczy już jest dosyć późno, więc pewnie Wam się nie uda zjeść już żadnej, chyba że macie jakieś zapasy w domu (w co wątpię, bo kanelbullar najlepsze są świeżo pieczone)… Ale nic nie szkodzi – tak naprawdę Kanelbullens Dag trwa w Szwecji cały rok! Jutro nowy dzień. Możecie skorzystać na przykład z tego przepisu. Do tego kawa i dobry humor gwarantowany – tylko popatrzcie na Tosię:

(Fotograf: Jan Jastrzębski)

Co tam u mnie?

Jak zwykle przydługie wstępy i pełno dygresji, a może chcecie wiedzieć co tam się u mnie działo i dzieje na tej dalekiej Północy?

Poza tym, że się u mnie dużo zmieniało o czym wybaczcie nie będę się jakoś szczególnie rozpisywać to też było wyjazdowo! Głównie wyjazdowo z pracy, ale zawsze. Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wyjazdy służbowe są nudne. No bo jak to? Darmowe podróże – tak jak darmowe jedzenie – są ZAWSZE DOBRE. Może tylko czas podczas prywatnych podróży spędziłabym w mniejszym stresie. Ale za to nie w wypasionych hotelach :) Coś za coś!

Chiny – czytaj: Szanghaj

W lipcu udało mi się bardzo sprytnie nie złożyć na czas wniosku o wizę na wyjazd do Chin. W związku z czym najadłam się z moim kolegą-współpodróżnikiem niemałego stresu. Ale od czego są wizy ekspresowe?! Wyjazd opóźniony o trzy dni i tak był olbrzymim sukcesem. Głównie dlatego, że udało nam się przeżyć na dzikich ulicach Szanghaju. Obiecuję posta o Szanghaju i ciekawostkach!

Jedną z ciekawostek jest to, że w Szanghaju pieszy jest na (czy też w ogóle w pobliżu) jezdni najsłabszym ogniwem. Po prostu nie istnieje. A na przejściach dla pieszych to już w ogóle się całkowicie zlewa z otoczeniem. Zwłaszcza gdy ma zielone światło. Także sukces! Przeżyliśmy! Wydaje mi się, że chińscy kierowcy pałali do nas jakiegoś rodzaju sympatią i jednak wiedzieli, że nie umiemy się poruszać żwawym slalomem pomiędzy autami na ośmiopasmówce… Tak mi się wydaje. No bo chyba jednak musieli nas traktować z jakąś taryfą ulgową skoro jestem w stanie to  wszystko teraz teraz pisać…?

Camino – czyli droga do Santiago de Compostela

W sierpniu już bardziej prywatnie udało mi się wyrwać na 10 dni na Santiago de Compostela. Od dawna było to moim marzeniem wybrać się na Camino, więc jak pewna mądra osoba w momencie, gdy nie działo się u mnie najlepiej rzuciła “może byś się wybrała na Santiago?” to ta myśl tak we mnie wrosła, że następnego dnia kupiłam bilety. Santiago również zasługuje na oddzielny wpis, ale teraz tylko wspomnę, że jeśli się zastanawiacie czy iść to przestańcie się zastanawiać. Jeśli planujecie to od dawna (tak jak ja przez ponad 5 lat) to przestańcie planować, tylko kupcie bilety! Poszłam sama, dałam radę, nic się nie działo i było cudownie. Poznałam wspaniałych ludzi i usłyszałam niesamowite historie. Moja własna nagle wydała mi się niesamowicie nudna :) O tych historiach to można napisać całą książkę! Co ja mówię. Każda z tych historii to książka sama w sobie.

Książka o Deter z Niemiec, który postanowił sobie, że zanim skończy 50 lat to odwiedzi 100 krajów (nabił ich końcowo 102 do teraz), a w wieku 60 lat rzucił pracę, założył własną firmę i przeprowadził się do Dubaju.

Książka o Ilzie z Łotwy, która po rozwodzie (który uważała kiedyś za porażkę, a teraz za najlepszą decyzję w swoim życiu) przeżyła straszny kryzys, a później udało się jej pozbierać, zmieniła pracę, robi to co kocha, ma wspaniałego męża u boku, dwójkę dzieci (a myślała, że nie chce mieć dzieci) i uczy się grać na perkusji.

Książka o Renato z Brazylii, człowieku z sercem na dłoni, który zakochał się w wieku 20 lat, wziął ślub, później wszystko się sypnęło i zaczęli się z żoną starać o rozwód – tylko po to, aby 3 miesiące przed ostatecznym zamknięciem sprawy na powrót się do siebie zbliżyć. Są teraz szczęśliwym małżeństwem i twierdzą, że są dla siebie stworzeni.

Książka o Brigi z Węgier, która rok wcześniej podczas drogi do Santiago zakochała się na zabój w Brazylijczyku, wróciła na Węgry, sprzedała wszystko co miała i wyjechała do Brazylii, po trzech miesiącach wzięli ślub, a teraz szła na Camino sama ze złamanym sercem.

Oraz książki o wielu, wielu innych osobach, ale o tym może w oddzielnym poście. A poza ciekawymi opowieściami i przeżyciami, oczywiście wspaniałe widoki:

San Francisco

Last but not least – San Francisco. No dobra w sumie to least, bo jednak chyba nic nie przebije szaleństwa Chin i uspokajającej ciszy i dobrych rozmów podczas Camino. San Francisco. Kolejny wyjazd z pracy. Podczas którego dowiedziałam się:

  • Że jednak muszę popracować nad moimi small talkami na temat pracy podczas konferencji naukowych (jeśli chodzi o pogodę i wypytywanie o dzieci to całkiem całkiem dobrze sobie radzę).
  • Że czasem można mieć dość swoich kolegów z pracy jeśli się razem spędza 25 godzin na dobę.
  • Że tak – mewa może ci ukraść buty, jeśli zostawisz je na plaży (ale większe prawdopodobieństwo jest jednak takie, że po prostu te buty już minąłeś w drodze powrotnej do samochodu).
  • Oraz, że edukacja jest ważna, ale jednak są też rzeczy ważniejsze:

  • A tażke jak zrobić sobie dobre zdjęcie z Golden Gate Bridge:

To tak w wielkim skrócie co u mnie. Wiem, że trochę Wam dzisiaj zaserwowałam pomieszania z poplątaniem. Wybaczcie. Trochę o Szwecji musiało być – bo dzisiaj ważny dzień. Jednocześnie chciałam dać znać, że u mnie wszystko dobrze, a nie pisałam bo czasami po prostu nie było kiedy. Ale perspektywa długich ciemnych jesiennych wieczorów napełnia mnie radością – w końcu może więcej popiszę. Mam nadzieję.

Na dobranoc chciałam tylko jeszcze powiedzieć, że ostatnie miesiące były bardzo zajmujące i jestem bardzo wdzięczna wszystkim moim bliskim, przyjaciołom i znajomym za wszystkie ciepłe słowa i ciągłe wsparcie. Jestem Wam bardzo wdzięczna. Ściskam mocno!