jak przetrwać zimę

Jak przetrwać jesień i zimę?

10. października obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Miesiąc temu pojawiło się w internetach dużo ciekawych postów na temat tego jak o swoje zdrowie psychiczne dbać. Miesiąc już minął i za oknem coraz ciemniej (a Göteborg wygląda mniej więcej tak szaro jak na zdjęciu), więc myślę, że najwyższy czas żeby spytać – jak przez ten czas dbaliśmy o swoje zdrowie psychiczne? Ja miałam mocne postanowienie poprawy po tych wszystkich motywujących artykułach. Czasem idzie mi lepiej, a czasem dużo gorzej niż sama przed sobą przyznaję. Ale dzisiaj nie czas na marudzenie. Czas na działanie. Czas na zastanowienie się jak przetrwać jesień. A może właściwie jak przetrwać jesień i zimę. Bo zima już tuż tuż.

Poniżej podsyłam kilka sposobów na to jak radzić sobie z jesiennym dołkiem i zimowym brakiem słońca!

Ale najpierw – profesjonalne porady

Polecam bardzo dobry artykuł Edyty – 10 sposobów na dbanie o swoje zdrowie psychiczne. Naprawdę motywujący! Dwa ulubione i bardzo bliskie memu sercu sposoby z tej jakże ciekawej listy to:

Numer 4 – Utrzymuj realne kontakty z ludźmi

O ironio, bo jak tu utrzymywać realne kontakty z ludźmi skoro człowiek przeprowadza się 1500 km od domu i jedyny sposób kontaktu z rodziną czy przyjaciółmi (tymi starymi dobrymi, a nie tymi nowymi – skądinąd też dobrymi, ale będącymi tu na miejscu) to telefon, whatsapp czy inne fejsbuki?! Cóż przyznam, że dzięki odległości zaczęłam doceniać rozmowy telefoniczne i fakt, że czasem ktoś do mnie dzwoni. Nauczyłam się też maksymalnie skupiać uwagę podczas spotkań na żywo i minimalizować zerkanie w telefon podczas spotkań. To mogę robić gdy czuję się samotna, a nie gdy ktoś inny poświęca mi swój cenny czas i uwagę. Chwile z innymi po prostu bardziej się ceni.

A kolacje ze znajomymi po prostu uwielbiam. Zwłaszcza te u mnie w domu. Tylko zawsze spędzam milion godzin w kuchni na przykład na lepieniu pierogów (jak ostatnio, gdy Lizzy sobie zażyczyła domowe polskie pierogi) po to by później frustrować się, że wszyscy marudzą, że się przejedli!

Numer 7 – Uwielbiaj siebie

Ale jak to siebie uwielbiać? Za co, po co i dlaczego? A dlatego, że chociaż czasem mogłoby się to wydawać głupie, pompatyczne czy po prostu trochę wymuszone to prawda jest taka, że każdy z nas jest niepowtarzalny. Każdy z nas pracuje i wpływa w mniej lub bardziej pozytywny sposób na życie ludzi dookoła – i zasługuje na nagrodę i odpoczynek. A taką nagrodą powinniśmy się uczyć serwować sobie samodzielnie. Bo nikt nie potrafi o nas zadbać tak dobrze jak my sami. A jesteśmy warci tego by otoczyć się opieką i docenić swoje wysiłki. Jak to ładnie ujęła Edyta w swoim poście: nauczymy się uwielbiać siebie.

Ze swojej strony polecam przytulanie się rano zaraz po przebudzeniu! I to niekoniecznie do kogoś – spróbujecie przytulić siebie i docenić swoje ciało, że kolejny raz nie zaspało do pracy :) A i przy okazji wiadomo, że można poświęcić chwilę uwagi na to, że mamy okazję przeżyć kolejny wspaniały dzień!

Moja wersja ćwiczenia (z cytowanego bloga Edyty): Niekoniecznie zapisywanie, ale świadome poświęcenie kilku minut wieczorem na wyciszenie się, uspokojenie i nie zerkanie w komórkę. Na docenienie swoich osiągnięć w ciągu dnia. Nie tylko tych zawodowych, ale też sportowych, kuchennych, towarzyskich czy rodzinnych. Innymi słowy – może po prostu jestem zbyt leniwa, żeby to zapisywać tak jak poleca to robić Edyta… No dobra… Chyba czas kupić jakiś ładny zeszyt!

Czujecie się zmotywowani? Super! Taki był mój plan. Mnie za to do tego wpisu zmobilizowała Marta swoimi przemyśleniami o tym co należy robić jak się ma wszystkiego dość – KLIK.

Dosłownie kilka dni po przeczytaniu jej wpisu uświadomiłam sobie, że dokładnie to robię. Prawie totalnie ignoruję to jak się czuję mentalnie i wyciskam siebie jak cytrynę – a dokładniej: moją głowę. A ona czasem potrzebuje chwili wytchnienia. W pracy teraz dużo roboty, mnóstwo projektów na głowie (a jak ktoś nie umie mówić nie to w ogóle jeszcze więcej…),  do tego przecież trzeba się ruszać, więc tu jakiś workout, tam jakiś basen, szwedzki, chóry, bzdury, ponadto nie można zaniedbywać znajomych – więc tam kawa, tu lunch czy brunch, a jeszcze później dwugodzinna rozmowa telefoniczna. Cóż… Przynajmniej utrzymuję realne kontakty z ludźmi – patrz powyżej. I wiem, że tych kontaktów realnych potrzebuję. Ale nadmiaru pracy i stresu już niekoniecznie. A jeszcze jak pomyślę, że inni sobie radzą lepiej, że nie marudzą chociaż też mają dużo na głowie (a czasem zdecydowanie więcej niż ja) to sobie dokładam dodatkowego stresu. No bo jak to tak – takie luksusy, a ja marudzę, że mi źle i zmęczonam?! I w którymś momencie presja w pracy, i ta poza pracą – ta którą sami sobie dowalamy pt. “robić wszystko jak najlepiej” – powoduje, że jedyne na co mamy ochotę to zwinąć się w kulkę pod kocykiem. A przynajmniej ja mam na to ochotę. A sobie na to nie pozwalam.

jak przetrwać jesień i zimę

Dlaczego? Dobre pytanie. I niestety nie mam na nie odpowiedzi, bo jak słusznie zauważa Marta w swoim wpisie: nie mamy problemów z braniem urlopu w momencie gdy czujemy się fizycznie źle, ale gdy mentalnie jesteśmy wykończeni to nadal nie uważamy, że zasługujemy na przerwę. I wymagamy od siebie wciąż więcej i więcej. Na maksa. Do momentu, gdy zmęczenie i stres w końcu spowodują, że mentalna niedyspozycyjność zmieni się w fizyczną. Przeziębienie czy inną grypę. I wtedy z czystym sumieniem będziemy mogli zostać w domu zawinięci w kocyk.

Randomowe rady

Co mogę Wam poradzić na spadek nastroju, zmęczenie i po prostu brak humoru? Dwa pierwsze punkty, które przychodzą mi do głowy:

  • Zawinąć się w wygodny kocyk z dobrą herbatę i może jakąś książką (jeśli macie na nią ochotę).
  • Wypracować sobie umiejętność olewania wyrzutów sumienia spowodowanych dbaniem o siebie, a nie bieganiem z wywieszonym jęzorem robiąc coś.

Dlaczego tak nam gorzej na jesień? Wiadomo za oknem coraz ciemniej, nic nie wygląda tak ładnie jak zwykle, brak słońca, brak witaminy D, włosy i zęby wypadają… No dobra trochę poniosła mnie wyobraźnia… Ale, że brak słońca powoduje spadek nastroju to fakt. Jednocześnie spacerowanie w strugach deszczu jest mega romantyczne i urocze, ale głównie w filmach. A nam – zwykłym śmiertelnikom – przy obniżonej odporności może co najwyżej pomóc złapać katar. Na takie pogodowe problemy najlepsze jest stoickie podejście do życia naszych kochanych i bardzo pragmatycznych Szwedów:

  • Po pierwsze i najważniejsze – zakaz marudzenia na brak słońca. Czy to komuś pomoże, że sobie pomarudzimy? Może na chwilę to marudzenie nas zjednoczy, ale na dłuższą metę nie działa. Więc stop marudzeniu! Typowy Szwed nie narzeka na brak słońca. On albo ładuje maksymalnie baterie w lecie, kiedy dzień trwa 20 godzin. Albo, w najgorszym wypadku, wybywa do Tajlandii na święta Bożego Narodzenia :) To brzmi jak nie najgorsza rada, nie?
  • Ponadto, każdy rodowity Szwed – miłośnik natury, ekolog, zapalony rowerzysta, a przede wszystkim człowiek świadomy, że czynniki pogodowe w jego rodzinnym kraju są czasem delikatnie mówiąc niekorzystne – wie, że nie ma czegoś takiego jak zła pogoda, jest tylko złe ubranie! Dlatego prawdziwy Szwed często na rowerze wygląda jak poniżej.

deszczowy dzień, jak przetrwać jesień

  • A na brak słońca polecam szczególnie szwedzki koncept obecnie chyba nie za bardzo w modzie, ale za to na tyle ciekawy, że warto o nim wspomnieć. A mianowicie – ljuscafé, czyli dosłownie “świetlna kawiarnia”. Pomysł polega na tym, że taki człowiek co to ma za mało witaminy D i brakuje mu słońca wybiera się do kawiarni, rozświetlonej specjalnymi lampami, które mają imitować światło słoneczne. Dodatkowo są to miejsca dosłownie jasne i pełne światła. Nie wyglądają zbyt przytulnie, ale może naprawdę pomagają:

świetlna kawiarnia

A tak bardziej na serio

A co działa na mnie? Moje małe rady na lepszy humor i dbanie o siebie:

  • Jak pisałam powyżej – spróbuj się przytulić. Do kogoś albo po prostu siebie.
  • Korzystaj z rzadkich słonecznych dni – owiń się szalikiem i maszeruj na słońce.
  • Jak już naprawdę nie masz siły to ten kocykowy dzień naprawdę działa. Owiń się tym kocykiem i po prostu rób cały dzień tylko to na co masz ochotę – bez wyrzutów sumienia. Działa. Naprawdę. Nie wiem na czym to polega. To chyba jakaś magiczna siła kocyków. Na marginesie: hmmm… czy ja się powtarzam?!
  • Medytuj.
  • A przynajmniej spróbuj.
  • To tylko 10 minut dziennie, a wyciszysz swój umysł, trochę spowolnisz szalony bieg swoich myśli i dasz wytchnienie swojemu mózgowi.
  • To co? Już medytujesz?

Jak ja to robię? Nastawiam stoper na 20 minut i zaczynam. 10 minut to jednak dla mnie za mało – jeszcze w 15. minucie myślę o tym co na jutro do pracy, co ugotować, kiedy moja siostra ma urodziny, co się dzieje w Ameryce i jak się ma moja znajoma do której się dawno nie odzywałam… Więc 20 minut, bo może do 20 minuty trochę się uspokoję. Wymyślam sobie jakąś mantrę. Może to być słowo (np. “spokój”, “cisza”) lub całe zdanie (np. “doceniam swoją siłę”). Ja zdecydowanie wolę krótkie zdania, pierwszą część myślę na wdechu, drugą na wydechu i powoli się uspokajam. Często na mantrę wybieram zdanie będące jednozdaniową modlitwą. Ale to już raczej kwestia preferencji – różnica jest taka, że można się skupiać na sobie i medytować do wewnątrz lub skupić na tej sile wyższej i skierować swoją uwagę trochę ku Temu na górze :) Może jak będę praktykować medytację w miarę regularnie to w końcu uda mi się spędzać ten czas po prostu w ciszy i z czystym umysłem. Ale to jeszcze dla mnie nieosiągalne.

A jakie są Wasze sposoby na dbanie o siebie?

Aha… Zapomniałabym o najważniejszym! Wiecie co jeszcze dobrze działa? Zrobienie sobie takich ciasteczek z płynną czekoladą od Kwestii Smaku – całkiem proste w wykonaniu! Sprawdzone! Polecam!