Szkoła Camino: od kogo zależy moje szczęście?

Camino, czyli droga. Droga do Santiago de Compostela. Dla każdego ta droga oznacza co innego. Dla jednych to spotkanie z Bogiem lub inną siłą wyższą. Dla innych sposób na wyciszenie, odszukanie w sobie spokoju – tak bardzo potrzebnego w codziennym szaleńczym biegu. Dla kolejnych to sposób na aktywne wakacje i okazja do poznania masy interesujących osób (jak w moim przypadku kilku interesujących typów, o których wspomniałam w poście o tym co się u mnie działo jak tak długo mnie na blogu nie było). Lub możliwość na poznanie siebie… A dla jeszcze innych wszystkiego po trochu.

Jedno jest pewne : Camino to droga dla każdego – dla tych co szukają głębi w swoim życiu i dla tych, którzy chcą od życia lub od siebie trochę uciec. Czego mnie nauczyła? I dlaczego tak nagle przypomniałam sobie o tym 5 miesięcy później?

Droga do domu, czyli tam i z powrotem

Ano dlatego sobie przypomniałam 5 miesięcy później, bo:

  • Po pierwsze – mam ciągłe wrzuty sumienia, że obiecuję iż o czymś napiszę, a później długo dłuuuugo (lub wcale) na ten temat nie piszę, dlatego ciągle próbuję się poprawiać. Oceńcie sami jak to wychodzi.
  • Po drugie (to ważniejsze drugie) – zawsze jak wracam po dłuższej przerwie czy wakacjach z Polski do Szwecji to łapię małego dołka. A dołek mobilizuje mnie do zastanowienia się jak z tego dołka można wyjść. I w sumie jak to się dzieje, że w ogóle w tego dołka zawsze tak łatwo wpadam…

Cóż wydaje mi się, że taki już ze mnie typ. Pobyt w Krakowie zawsze mnie troszkę psuje. Jak takiego małego dzieciaka rozpieszczanego przez babcię toną cukierków i całusów. Otoczona miłością i dużą dawką wsparcia i akceptacji rodziny oraz przyjaciół. No dobra… Na pewno rodziny. Co do przyjaciół to różnie bywa :) Nic nierobienie, zero stresów i pracy. A później – powrót do niezbyt słonecznej (na chwilę obecną) Szwecji. Niby do siebie, a jednak nie do końca do siebie, bo przecież w Krakowie też jestem u siebie. I to ciągłe rozdwojenie jaźni.

Ciekawe, że jeszcze z gimnazjum pamiętam, że to się ładnie nazywa “dychotomia”. Z literatury się to tak ładnie nazywa – nie, że to jakieś pojęcie psychologiczne. Chociaż właśnie google mi powiedziało, że dychotomia, jako sposób postrzegania zjawisk tylko w skrajnych aspektach, może prowadzić do problemów psychologicznych. No pięknie! Muszę się pilnować, żeby nie popadać za bardzo w skrajności!

Ale do rzeczy, bo znów tutaj dywaguję… Powrót do Szwecji po pełnym pozytywnych emocji pobycie w Polsce daje trochę do myślenia. Dlaczego tak się dzieje? Czy to tylko dlatego, że po Kraków to mój dom, a Szwecja to jednak tylko jego namiastka? Chyba nie do końca. Na pewno wrażenie, że mieszka się ciągle w dwóch miejscach nie jest dobre. Ale chyba chodzi też o coś innego. O oczekiwania. O moje oczekiwania. W stosunku do tego jak to moje życie powinno wyglądać, ale i w stosunku do ludzi wokół mnie.

Oczekiwania – W stosunku do czego? I kogo?

I w ten jakże płynny sposób dochodzimy do tego czego nauczyłam się na Camino. Albo przynajmniej co Brigitta próbowała mi przekazać – swoją historią, ale też po prostu swoimi spostrzeżeniami na temat życia.

Brigitta lub po prostu Brigi – bo tak się przedstawiła – pochodzi z Węgier. Pracuje jako fizjoterapeuta, masażysta. Dwa lata temu miała poważne problemy z układem nerwowym i nie do końca kontrolowała swoje dłonie. Co to znaczy dla kogoś kto tymi dłońmi pracuje – chyba większość z nas może to sobie wyobrazić. Potrzebowała przerwy. Wzięła wolne na miesiąc i ruszyła do Santiago de Compostela trasą Camino del Norte. Ponad 1000 km.

Podczas drogi poznała wiele interesujących osób. A także się zakochała. Nietrudno się nie zakochać w kimś z kim idzie się ramię w ramię przez prawie 30 dni i rozmawia na wszelkie możliwe tematy. Oderwanie od rzeczywistości na pewno nie przeszkadza. Brigi wróciła na Węgry, rzuciła pracę, sprzedała wszystko co miała i ruszyła do Brazylii – czyli tam, gdzie pociągnęło ją serce. Po trzech miesiącach, aby uzyskać możliwość stałego pobytu w Brazylii wzięła ślub z ” miłością swojego życia”. To cytat z Brigi.

od kogo zależy moje szczęście

To właśnie piękna i silna Brigi – fotograf: ja.

Miała olbrzymie oczekiwania co do tej podróży. Znalazła tę przysłowiową rolę z bezcenną perłą (czy jakoś tak), sprzedała wszystko co miała i zainwestowała w nią. Liczyła, że całe jej życie magicznie się ułoży. Że miłość drugiej osoby wypełni wszelkie braki i niepewności w niej samej. Myślała, że może swoje szczęście całkowicie uzależnić od drugiej osoby. Oczekiwała, że ona sprawi, że jej życie będzie pełne. Liczyła na to, że dzięki niej stanie się lepsza. I nie żałuje niczego co zrobiła. I nie żałuje tego jak wiele oczekiwała. Bo również wiele się nauczyła.

Czego się nauczyła?

Nauczyła się, że naprawdę zawsze warto próbować zawalczyć o swoje szczęście i o to czego się pragnie. Nauczyła się jaka olbrzymia bieda panuje w Brazylii i jak pełne przemocy jest tam życie. Nauczyła się, że jak ktoś wyrywa jej torebkę i grozi nożem to nie warto walczyć ani krzyczeć, bo tam jej życie znaczy o wiele mniej niż w Europie. Nauczyła się doceniać to co ma. Nauczyła się jak być ciepłą i otwartą jak typowi Brazylijczycy – którzy każdego nowo poznanego chętnie wycałują i wyściskają. Nauczyła się, że życie w São Paulo, mimo że szalone, urocze, kolorowe i pełne miłości, może też być zbyt trudne. Że może nie znieść biedy na ulicach i że będzie musiała wrócić na Węgry, żeby odpocząć. I że ta decyzja doprowadzi do zerwania.

A przede wszystkim nauczyła się, że jej szczęście nie zależy od drugiej osoby.

I mnie próbowała też dać do zrozumienia od kogo zależy moje szczęsćie. Lub raczej od kogo nie zależy.

A więc – Od kogo zależy moje szczęście?

Myślę, że już się domyślacie do czego zmierzam.

Oczywiście przez całe nasze życie ludzi dookoła mają wpływ na to czy czuję się szczęśliwa. Poczynając od zależności stricte finansowych w relacjach rodzinnych, przez poczucie akceptacji w relacjach z przyjaciółmi czy drugą połówką do uzależnienia swojego poziomu zadowolenia od tego jak wypadam na tle innych na uczelni / w pracy / na fejsbuku / instagramie.

Jednak tak naprawdę przez większość życia moje szczęście zależy od tej jednej osoby, która wie najlepiej co sprawia mi radość. Ta osoba może zawalczyć o to, żebym czuła się lepiej w swoim miejscu pracy, w domu czy w swoim ciele. To ona może postarać się, by mój związek szedł w takim kierunku, który uważam za dobry. To ona pomaga mi się rozwijać. I to ona pozwala mi odpoczywać, gdy czuję się przemęczona. To tylko od niej zależy jak odbieram krytykę. To od niej zależy czy spełniam swoje marzenia, czy może czasem poświęcam je w imię tego co uznam za ważniejsze. I to tylko ta osoba może zdecydować jakimi emocjami reaguję na to, co dzieje się w moim życiu.

Ta osoba to ja. I tylko ta osoba umie o mnie zadbać.

Postaw na siebie

Nie chcę mówić, że inni ludzi nie mają wpływu na nasze życie. Mają ogromne. Ja osobiście bardzo wiele zawdzięczam swoim rodzicom, przyjaciołom – ludziom, którzy mnie uczyli i wciąż uczą (np. jak chcieć mniej). Wiele z tych osób sprawiło i wciąż sprawia, że czuję się kochana, akceptowana i po prostu szczęśliwa. Nie wszyscy mają takiego farta, żeby być otoczonym takimi wspaniałymi ludźmi. Naprawdę staram się to doceniać.

moje szczęście zależy ode mnie

Mimo to warto zdać sobie sprawę, że moje szczęście w większym stopniu zależy od mojego szacunku, zaufania i sympatii do siebie niż od tego co myślą o mnie inni. I że to z jakimi emocjami zmierzę się z problemami zależy tylko ode mnie. I czy zdecyduję się pozytywnie podchodzić do życia czy też nie – to tylko moja decyzja.

Dlatego nie opierajmy swojego szczęścia na innych. Bo nawet z cudownymi ludźmi dokoła, którzy totalnie nas wspierają możemy czuć się źle. Bo tylko my sami możemy zapewnić sobie poczucie szczęścia. I tylko my możemy wziąć sprawy w swoje ręce i robić to co czyni nas szczęśliwymi. Jeśli nie w pracy – to poza pracą, podczas zajęć dodatkowych czy wolontariatu. Jeśli nie wśród ludzi to z samym sobą. Jeśli nie w mieście to na wsi.

Bo bardzo wiele zależy od tego czego chcemy. I ile z tego zdecydujemy się realizować. To nie musi być spełnianie wszystkich swoich marzeń. To może być decyzja, że chcemy z jakichś marzeń zrezygnować na rzecz czegoś innego. Ważne jest nastawienie. I nasz wybór.

Jak to ładnie ujął ktoś trochę mądrzejszy ode mnie:

I always feel happy. You know why? Beacuse I don’t expect anything from anyone. Expectations always hurt. Life is too short so live your life. Be happy and keep smiling. That’s life. Feel it, live it, love it and enjoy it.
– William Shakespeare