Camino

Szkoła Camino: najważniejsze waluty świata

Czy to ze mną jest coś nie tak, czy w tym roku zima trwa dużo dłużej niż zwykle? Dnie powoli stają się coraz dłuższe, ale jednak noce wciąż stanowią zdecydowaną część doby. Na polu/dworze (niepotrzebne skreślić) wciąż cholernie zimno i ponuro. Nietrudno stracić zimną krew i poddać się chandrze. Dzisiaj akurat aż tak tego nie czuję bo zrobiło się słonecznie, więc poziom endorfin momentalnie mi podskoczył, ale ostatnie dni to niezła huśtawka nastrojów. Od dołka do dołka. Wiecie co mi pomaga na taką pogodę? Układanie sobie w głowie mądrości życiowych :)

EDIT – start

Od czasu gdy pisałam ten wstęp i ciąg dalszy bez publikacji (bo przecież zawsze zakładam, że jeszcze coś dopiszę) upłynął już ponad tydzień. A w ostatnim tygodniu balowałam w Hiszpanii podczas podróży służbowej. I ciekawe bo moje poniższe wywody są bardzo z Hiszpanią związane. Traktują bowiem o mądrościach życiowych z Camino. Wychodzi z tego całkiem ładna klamerka czasowa… A o podróży służbowej do Almerii słów kilka na samym końcu.

EDIT – end

Tak jak pisałam ostatnio (tutaj – KLIK):

Camino to droga. Droga do Santiago de Compostela. Dla każdego ta droga oznacza co innego. Dla jednych to spotkanie z Bogiem lub inną siłą wyższą. Dla innych sposób na wyciszenie, odszukanie w sobie spokoju – tak bardzo potrzebnego w codziennym szaleńczym biegu. Dla kolejnych to sposób na aktywne wakacje i okazja do poznania masy interesujących osób lub możliwość na poznanie siebie… A dla jeszcze innych wszystkiego po trochu.

Camino to również rozmowa

Rozmowa na szlaku, przerywana chwilami ciszy gdy zasapani taszczymy się pod górę w upalnym słońcu lub po prostu gdy mamy ochotę pomilczeć lub przemyśleć coś co właśnie usłyszeliśmy. Rozmowa podczas przerwy na kawę i obowiązkowy codzienny sok pomarańczowy. Rozmowa podczas wspólnych kolacji w pielgrzymim gronie (takich jak poniżej) – już trochę mniej poważna a bardziej podkolorowana kolejnymi lampkami wina, które cudownie smakuje po całym dniu drogi.

ludzie spotkani na Camino de Santiago

Ciekawe, że na Camino można rozmawiać z przypadkowo napotkanymi ludźmi dosłownie o wszystkim. Możliwe, że czasem po prostu łatwiej zwierzyć się właśnie tym przypadkowo poznanym ludziom podczas wspólnej wspinaczki w 40 stopniach niż naszym bliskim. A może to ta szczególna atmosfera Camino, gdzie ludzie dzielą się swoim doświadczeniem i nikt nie boi się opowiedzieć swojej historii. Każdy wie, że nie naraża się na ocenę, ale spokojne wysłuichanie. Może po prostu trasa pozwala na spokojne zebranie myśli oraz zapewnia czas i przestrzeń na dzielenie się swoimi przemyśleniami. W codziennym biegu często mamy na to mniej czasu i chęci. Inne czynności są priorytetem. Nawet jeśli rozmawiamy to myślami często jesteśmy gdzie indziej lub już zastanawiamy się nad kwestią, którą my sami chcemy wypowiedzieć. A czasem rozmowa to też słuchanie. Podczas Camino na słuchanie mamy dużo czasu. A także czasem po prostu łatwiej słuchać niż trajkotać drapiąc się pod górę w palącym słońcu.

Historie na szlaku

Historie usłyszane na szlaku w swej zwykłości są bardzo niezwykłe. Niektóre bardziej szalone, inne trochę bardziej przyziemne i swojskie. Ale wszystkie niezwykle interesujące, bo są to historie życia drugiego człowieka. O niektórych wspomniałam już w tym poście – KLIK. Ciekawie o napotkanych na Camino ludziach i czasie tam spędzonym pisze też Tess – KLIK.

Wszystkie te historie były dla mnie bardzo inspirujące. Pewna mądra osoba, która sama była na Camino już parę razy powiedziała mi zanim wyruszyłam, że na szlaku spotkam ludzi, którzy mnie poruszą. I których historie staną się dla mnie inspiracją lub będą odzwierciedleniem tego co sama przeżywam. Zalecał uważnie słuchać i się uczyć.

I tak właśnie się stało.

Już pierwszego dnia na szlaku poznałam Monikę. Jej historia była bardzo bliska temu z czym sama wtedy się trochę zmagałam (i w jakimś stopniu nadal to robię). Także przez całą trasę towarzyszyły mi historie silnych kobiet, które musiały tę siłę w sobie odkryć i połączyć ze swoją delikatnością. Tak było z Brigi, o której wspomniałam wcześniej. To ona próbowała pokazać mi, że moje szczęście zależy głównie ode mnie (TUTAJ WKLEJ LINKA). Tak było również z Ilzą, która przeżyła ciężki rozwód, rzuciła pracę i musiała zawalczyć o nowy, dobry związek oraz pracę, w której się teraz realizuje i która pozwala jej zajmować się dziećmi na tyle ile tego chciała, a przy tym ma czas na kurs gry na perkusji. Również Gosia jest przykładem silnej kobiety, która zawalczyła o to czego chciała i realizuje swoje pragnienia, łącząc pracę z pasją. Każda z tych kobiet musiała, w którymś momencie zastanowić się czego pragnie i znaleźć w sobie siłę do realizacji tych mniejszych lub większych marzeń.

Realizacja marzeń

Ale dzisiaj nie chciałam pisać o silnych kobietach realizujących swoje pragnienia. Trochę zeszłam na offtop jak zwykle. Chciałam pisać o tym jakie są najważniejsze waluty dzisiejszego świata. A tej lekcji akurat nie udzieliła mi silna kobieta, ale Deter, który też jest kimś kto stara się realizować swoje marzenia. A właściwie nie Deter, a filozof Deter :)

Deter postanowił sobie, że do pięćdziesiątki zwiedzi przynajmniej 100 krajów i ten cel udało mu się zrealizować. W wieku 64 lat, kiedy go poznałam miał na koncie 104 kraje i mieszkał w Emiratach. Nie wiem czy od tego czasu liczba na tym krajowym koncie wzrosła, ale zakładam, że niekoniecznie, bo Deter twierdził, że teraz nie ciągnie go już do nowych krajów, ale do ulubionych.

Nie wiem jakim kosztem udało mu się zrealizować swój plan, bo twierdził, że ma wspaniałą rodzinę – a wydaje mi się że to właśnie o rodzinę ciężko zadbać, jeśli się tak dużo podróżuje. Zakładam jednak, że jego lekcja na temat walut wynika z jego doświadczenia w realizacji marzeń. Że tak pozwolę sobie sparafrazować słynne “mówiąc czemuś NIE, mówisz TAK czemuś innemu”: z czegoś musiał zrezygnować, by zrealizować swój podróżniczy plan.

Dwie waluty

Ta rozmowa odbyła się w jeden z sierpniowych hiszpańskich wieczorów przy kieliszku białego wina (oczywiście nie pamiętam jakiego, ale jakiegoś typowego dla regionu i bardzo dobrego).

– W dzisiejszym świecie właściwie dwie waluty mają znaczenie – zaczął swój wywód domorosły filozof – tymi dwoma walutami płacimy najczęściej, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Wiesz jakie waluty mam na myśli? Wiesz jakie są te dwie najważniejsze waluty w dzisiejszym świecie?

Jako, że ton był bardzo pompatyczny założyłam, że nie mogę traktować jego pytania zbyt dosłownie:

– Zakładam, że nie masz na myśli żadnej konkretnej waluty, myślę że chyba nie chodzi ci o franka szwajcarskiego – i nie pomyliłam się.

– Oczywiście chodzi o czas i wolność. Czas jako walutę, którą możemy tracić podczas bezsensownych spotkań, kłótni, staniu w kolejce po kolejne dobra, które mają zastąpić nam poczucie szczęścia. Czas jako walutę, którą płacimy spędzając czas z bliskimi, na podróże, na rozwijanie się, na czytanie, na przeznaczanie go na swoje hobby. Oraz wolność. Wolność jako możliwość wyboru jak chcemy nasz czas spędzać – tu Deter podał kilka przykładów, a jednym z nich było nawiązanie do Camino – Ja mam to szczęście, że mogę zdecydować, ze raz do roku chcę spędzić trzy tygodnie na Camino. Jest to dla mnie chwila wyciszenia i możliwość poznania niezwykłych ludzi. Wybieram spędzanie czasu z tymi ludźmi na Camino, bo mają dla mnie większą wartość niż garniaki, z którymi mógłbym teraz siedzieć w biurze. Wolę spędzić czas na coś co uważam, że jest dla mnie rozwojowe oraz po prostu przyjemne. Wolę tutaj siedzieć z tobą, pić dobre wino i prawić swoje mądrości.

Tapas podczas Camino

(Tapas i wino z Camino)

Co ja myślę o takich walutach?

Przyznaję, że ten tok myślenia bardzo mi przypadł do gustu. Uważam, że szczęście każdego z nas leży w dużym stopniu w naszych rękach. Przy tym rodzice wpajali mi odkąd pamiętam (poprzez przykład nie wklepywanie do głowy zasad), że ciężka praca i chęci to najkrótsza droga do celu. Jednocześnie zawsze jak o tym myślę przychodzi mi do głowy, że ta wolność to przywilej. Ogromny przywilej. Bo nie każdy ma takie możliwości i nie każdy może decydować o sobie i swoim czasie. Dlatego warto (a może nawet należy) ten przywilej wykorzystywać. I spełniać swoje marzenia. O podróżach, o fajnej pracy, o spokojnym życiu, o zakładaniu rodziny, o przeczytaniu kolejnej książki.

CZAS I WOLNOŚĆ

Deter również miał jeszcze kilka spostrzeżeń na ten temat. Kończył wątek o tych dwóch najważniejszych walutach mówiąc tak:

– Co ciekawe rodzimy się z pewnym zapasem tych dwóch walut. Są one ze sobą mocno sprzężone, a przy tym związane z naszym wiekiem. Będąc dziećmi mamy dużo czasu, ale ograniczoną wolność. Nie zawsze jest nam dane robić to co chcemy. Dorastamy i jako dwudziestolatkowie nadal uważamy, że mamy przed sobą mnóstwo czasu, i że jeszcze uda nam się zrealizować swoje marzenia. Pozwalamy sobie na trwonienie naszej fortuny. Na trwonienie czasu, na coś co może nie przynosi radości nam ani naszym bliskim. Korzystamy ze swojej wolności wyboru i zostajemy po godzinach w pracy, zamiast wrócić wieczorem do ukochanej czy wyjść ze znajomymi na kawę lub po prostu ruszyć na podbój świata. I w którymś momencie nadchodzi taki moment, że uświadamiamy sobie, że czasu jest coraz mniej. Nasza waluta przecieka nam przez palce. Warto zastanowić się na co chcemy ją wydawać.

Myślę, że czasem warto powiedzieć nie pracy i zrobić coś dla siebie. Powiedzieć nie siedzeniu przed telewizorem i odwiedzić babcię. Powiedzieć tak temu co ma większą wartość. Temu co przybliża nas do szczęśliwego życia.

A wy na co wydajecie swój czas? Jakie są wasze decyzje?

I NA KONIEC – OBIECANA PODRÓŻ SŁUŻBOWA

Tak jakoś wyszło, że znów piszę tekst w samolocie. Albo raczej kończę tekst w samolocie. Wracam z Hiszpanii. Byliśmy w Almerii (niedaleko Malagi) na pomiarach. Miało być słonecznie – bo przecież „w Almerii nigdy nie pada” – skończyło się na mocno deszczowym tygodniu. I może trochę mniej produktywnym niż sobie wymarzyłam.

Camino de Santiago

(Selfie pt. “Bo w Almerii nigdy nie pada”)

Chciałam tylko napomknąć, że często obrywam od moich bliskich, że marudzę jak jestem na wyjazdach służbowych. Że powinnam się cieszyć możliwością darmowego zwiedzania świata. Ponoć jak byłam w San Francisco to też marudziłam. I staram się cieszyć. I naprawdę doceniam wspaniałe widoki, dobre jedzenie, lepszą pogodę niż -15 stopni w Göteborgu. Ale jednak zawsze podczas takich wyjazdów służbowych, dwie rzeczy nie pozwalają zapomnieć, że jest to praca:

– fakt, że te wszystkie piękne widoki, szum morza i pyszne tapas wolałabym dzielić z moimi bliskimi, a niekoniecznie kolegami z pracy, których uwielbiam, ale…

– …niekoniecznie prawie 24/7! Czego nie znoszę podczas wyjazdów służbowych to tego, że zawsze wszystko trzeba robić razem. Rano razem śniadanie hotelowe, później razem droga do pracy, cały dzień razem w pracy, o 19:00 powrót do hotelu, a o 20:00 wychodzimy na kolację. Jak? Oczywiście razem. Przeszkadza mi w tych wyjazdach właśnie brak wolności.

I dlatego…

Dlatego podczas tego tygodnia odważyłam się skorzystać z mojej wolności do decydowania co chcę zrobić z moim czasem. Odważyłam się dwa razy powiedzieć nie wspólnej kolacji z moimi kolegami i przeznaczyć mój cenny czas na coś innego :) Wczoraj wybrałam wolność i czas spędzony na samotnym spacerze nad morze oraz pysznym tapas przy czerwonym winie w Cafe Cyrano w Almerii. Polecam! Polecam miejsce i polecam wybrać się czasem samotnie do restauracji. To chyba był mój całkowicie pierwszy raz samotnie w restauracji (i mam nadzieję nie ostatni). Bo kawiarni nie liczę.

Tapas - Almeria

(Tutaj Ola trochę winna w oczekiwaniu na tapas)

Chyba, że powinnam policzyć samotne kawiarniane śniadania również w Hiszpanii podczas Camino de Santiago kilka miesięcy temu? Wtedy chyba tej samotności nie dało się za bardzo poczuć. Wiadome było, ze zaraz się na drodze natknie na kogoś z plecakiem z przyczepioną charakterystyczną muszlą i już trasa nie będzie samotna.